Jest imprezka!

W wioskach położonych kilkanaście kilometrów od Warszawy dzieje się niewiele. Ponieważ mało kto ma pracę, większość mieszkańców spędza czas na gapieniu się w telewizor, wysyłaniu SMS-ów i piciu piwa na przystanku autobusowym. Zbawienie przychodzi w sobotni wieczór, gdy podwoje otwierają lokalne dyskoteki. Hulaj dusza, piekła nie ma! Alkohol leje się strumieniami, striptizerki przebranżawiają  się w prostytutki, a samochody z napalonymi parami kursują z parkingu do pobliskiego lasu.

Za sprawą "Rancza" i serii "U Pana Boga..." Polska klasy B stała się w świadomości wielkomiejskich widzów miejscem spokojnym i wesołym. Patologie zdarzają się tu rzadko i można im zaradzić przy pomocy uśmiechu i dobrego słowa. Krówki pasą się na łąkach, lokalna loża szyderców komentuje ekranowe zdarzenia, siedząc na ławeczce pod sklepem, zaś opiekę nad mieszkańcami sprawuje dobrotliwy ksiądz proboszcz.

Wartością dokumentu "Czekając na sobotę" jest to, że zrywa on z sielską i fałszywą wizją prowincji, lansowaną w ostatnich latach przez telewizję publiczną. Bohaterowie filmu – młodzi ludzie wyczekujący soboty jak siedmiolatki przyjścia Świętego Mikołaja – nie mają żadnych ambicji. Szkoła ich nudzi, a położona niedaleko stolica – przeraża. Rodzinne poletko wystarcza, im pod warunkiem, że raz w tygodniu mogą iść na dyskotekę. Na jeden wieczór wszechogarniająca nuda znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Twórcy "Czekając na sobotę", Irena i Jerzy Morawscy, pokazują, że wiejskie dyskoteki – choć wydają się współczesną Sodomą i Gomorą – muszą istnieć. Pełnią bowiem ważne społecznie funkcje: rozrywkową, towarzyską i ekonomiczną. Są forum, na którym młodzi ludzie spotykają się, bawią i nawiązują nowe znajomości. Zupełnie jak w warszawskich klubach, kawiarniach czy centrach handlowych. Z tą różnicą, że wszystko dzieje się tutaj dużo bardziej prymitywnie i brutalnie.  

Sceny, które udało się zarejestrować Morawskim, działają jak uderzenie w głowę rozbitą butelką. W pamięci pozostaje m.in. obraz striptizerki, która zostaje niemal zgwałcona przez pijanych i półnagich uczestników jej show. Widzom wolno dotykać tancerkę, gdzie tylko chcą. Ochroniarze wkraczają do akcji dopiero wtedy, gdy miłośnicy kobiecych wdzięków robią się zbyt agresywni.

Morawscy nie mówią, oczywiście, niczego nowego. Już w pamiętnej "Arizonie" z 1997 roku mogliśmy zobaczyć, jak wygląda koszmarna popegeerowska rzeczywistość. W dodatku z czysto filmowego punktu widzenia "Czekając na sobotę" nie jest niczym więcej jak telewizyjnym reportażem, gdzie zatroskana pani z kamerą pochyla się nad biednymi i pokrzywdzonymi przez los. Ktoś musi to jednak robić, aby od czasu do czasu przekuć nasz balon zadowolenia. Nie każde ranczo wygląda jak raj na ziemi.  
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 55% uznało tę recenzję za pomocną (82 głosy).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
7/10 dobry
o