Recenzja filmu Dziennik Bridget Jones (2001)
Sharon Maguire

Klątwa komedii romantycznej

Kiedy zaczynałem oglądać "Dziennik Bridget Jones" nie spodziewałem się arcydzieła. Liczyłem na dobry film: zabawny, przyjemny do oglądania, mający świeże pomysły, a przy tym dający widzowi jakieś ...
Filmweb sp. z o.o.
Kiedy zaczynałem oglądać "Dziennik Bridget Jones" nie spodziewałem się arcydzieła. Liczyłem na dobry film: zabawny, przyjemny do oglądania, mający świeże pomysły, a przy tym dający widzowi jakieś emocje. Wszystko to dokonane przez dobrze grających aktorów. Niestety nie wszystko jest takie jak być powinno.

"Dziennik Bridget Jones" jest komedią romantyczną. I to jest przekleństwo tego filmu, tak jak komedia romantyczna jest przekleństwem kina. Otóż gatunek ten jest pod szczególną ochroną. Nie można powiedzieć, że jest wtórny jak nasza opowieść o dzielnej Bridget Jones (Renée Zellweger). Nie może nas w komedii romantycznej irytować to, że wiemy jak film się skończy. Należy się natomiast śmiać z kolejnego dowcipu o tym, jaką to z siebie idiotkę robi nie grzesząca inteligencją bohaterka. Oczywiście facet to drań, który jednak na końcu rehabilituje się, aby rzucić wszystko za czym do tej pory gonił i zdążyć do swojej ukochanej, by na końcu uznać, że się pomylił i świata bez niej nie widzi. Wyznanie musi odbyć się wśród tłumu gapiów, którzy nie wiedzą co się dzieje, ale z rozmarzonymi oczami spoglądają na piękną parę bohaterów, których pocałunek wieńczy film.

Brzmi to banalnie i takie jest. Tak jak banalnie zarysowano świat wokół Bridget, gdzie wszyscy szukają miłości, niektórzy już znaleźli, a biedna panna Jones myśli o zrzuceniu paru kilogramów. Później oczywiście dochodzą dylematy czy fajniejszy jest jej szef (z czarującą grzywką Hugh Grant) czy snobistyczny prawnik (Colin Firth). Cała trójka zagrała dobrze, co jest chyba największą, a zarazem jedną z nielicznych zaletą filmu. Choć Hugh Granta należy docenić najmniej, bo po tylu rolach ślicznych chłopców - kochasiów to ten typ bohatera powinien mieć opanowany do perfekcji.

Film powstał, co właściwie powinienem zaznaczyć na samym początku, na podstawie bestsellera pani Helen Fielding. Papierowa wersja "Dziennika Bridget Jones" posiada ponoć sporo feministycznych przesłanek i dużo humoru. Nie czytałem książki, ale w filmie z tego wszystkiego niewiele zostało. Bridget Jones na pewno nie jest kobietą, która jest ideałem kobiety - feministki, a wręcz jej przeciwieństwem i na ten temat można by napisać pracę magisterską. Humoru także zostało niewiele, bo co lepsze dowcipy mogą wywołać na twarzy widza co najwyżej uśmieszek, a nie śmiech.

Oglądanie tego filmu na pewno nie było koszmarem, co może niektórzy mogli pomyśleć po przeczytaniu słów powyższych. Szkoda tylko, że ta komedia romantyczna nie była ani zabawna (komedia) ani nawet nie próbowała pokazać czegoś poza banałami plastikowej miłości (romantyczna). "Dziennik Bridget Jones" nie jest filmem słabym, choć jeszcze dalej mu da filmu - głosu pokolenia singli (co nawiasem mówiąc jest wyjątkowo sztucznie wytworzonym pojęciem). Oczywiście nie chciałbym, żeby kino zżerały super ambitne filmy, z wielowątkową fabułą. Chciałbym jednak, żeby kino pokazywało i promowało to co wartościowe i naprawdę dobre. Natomiast póki co "Klan" nie ma ambicji stania się hitem kinowym, więc wolałbym żeby i "Dziennik Bridget Jones" znalazł sobie także miejsce w szeregu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 23% uznało tę recenzję za pomocną (43 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

o