Recenzja filmu Słoń (2003)
Gus Van Sant

Koszmar psychologów

Muszę przyznać, że osobiście preferuję filmy nieco "operowe". Obrazy te to dzieła, w których efektowne (acz nieprzeładowane efektami) zdjęcia wraz z "głośną" muzyką tworzą epickie widowiska, w ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Słoń (2003)
Muszę przyznać, że osobiście preferuję filmy nieco "operowe". Obrazy te to dzieła, w których efektowne (acz nieprzeładowane efektami) zdjęcia wraz z "głośną" muzyką tworzą epickie widowiska, w których emocje aż ściekają z ekranu. Przytoczę tylko listę moich ulubionych filmów: "Hero", "Amelia", "Requiem dla snu", i już wiecie, o co chodzi. Po obejrzeniu "Słonia" muszę jednak zweryfikować swoje poglądy: ten film to namacalny dowód, że praktycznie nie odwołując się do żadnych "ulepszaczy" można stworzyć dzieło co najmniej wybitne, a przy tym wcale niepozbawione emocji.

"Słoń" opowiada nam kilkanaście minut z życia amerykańskiego liceum. Historia oparta jest na autentycznych wydarzeniach z Columbine w USA, gdzie to dwóch uczniów odwiedziło budynek szkoły z bronią palną i zamordowało piętnaście osób. Reżyser zachował jednak anonimowość owego miasta, co sugerować może, że wydarzenia przedstawione w filmie mogły mieć miejsce gdziekolwiek.

W filmie poznajemy kilkoro nastolatków: zapalonego fotografa, trójkę bulimiczek, chłopaka z ojcem-alkoholikiem, czy też zakompleksionej do granic możliwości kujonki. Tworzą razem wcale udany przekrój szkolnego społeczeństwa; jest to o tyle udane, że z chaotycznego motłochu wyłaniają się wyraziste typy osobowości.

Reżyser zdaje sobie sprawę, że widz zna tę historię. Większość z nas (w Stanach chyba każdy) wie też, jak się ona kończy. Van Sant przez cały film buduje napięcie wykorzystując tę naszą wiedzę. Apogeum następuje, gdy po szybkim trzasku magazynka wśród bibliotecznej ciszy gaśnie ekran, by przenieść nas po chwili kilka minut wstecz.

Sama treść jest nie mniej przerażająca. Ostatnie ujęcie, kiedy to nerwowo wyczekujemy huku wystrzału sprawiło, że cała sala wstrzymała oddech na kilka sekund. Jednak nie sama akcja z bronią w ręku wywołuje przerażenie u widzów. Jak już wspomniałem, najgorsze jest oczekiwanie nieuniknionego. Wiemy, że bohaterowie zginą w tym filmie i w pewnym momencie zaczynamy się z nimi żegnać oglądając ich ostatnie chwile.

Błędem wydaje mi się jednak podsunięcie widowni gier komputerowych jako jednej z potencjalnych przyczyn wypaczenia psychicznego "winnych" masakrze bohaterów. Napisana specjalnie na potrzeby filmu gra nie oddaje charakteru tej rozrywki, a późniejsze nawiązanie do niej (podczas sceny "polowania" na uczniów) wydaje się być nie tyle naciągane, co niepotrzebne.

Van Sant w "Słoniu" zaprezentował bardzo niecodzienny sposób narracji: z jednej strony mamy tu kilkuminutowe, statyczne ujęcia, podczas których nic w sumie się nie dzieje, a z drugiej zaś mamy tu sporo scen dla reżysera tak ważnych, że musiał nam je pokazać kilka razy, z perspektywy różnych osób. Zostało to w pewnym sensie wymuszone z racji zastosowania bohatera zbiorowego, jednak w żadnym razie nie przeszkadza. Kilkakrotnie byłem pełen podziwu dla reżysera za jego mistrzowskie wręcz panowanie nad detalami przy którymś tam z rzędu podejściu do tej samej sceny.

Warto wspomnieć, że oglądając "Słonia" nie uświadczymy katharsis. Ten niecodzienny zabieg ma w filmie van Santa podwójne znaczenie. Nie sposób nie zauważyć, że w historii z Columbine katharsis nijak dopatrzeć się nie można: winni nie zostali ukarani, sprawiedliwość nie zatryumfowała, zło na dobrą sprawę też nie. Przez kilka lat sprawa ta była plamą na programie wychowawczym Ameryki.
Nie bez znaczenia jest też fakt, iż brak katharsis potęguje wrażenie wywarte przez film - teraz widz musi sam uspokoić, i w pewnym sensie uporządkować wszystkie emocje wzbudzone przez obraz. Trzeba zaznaczyć, że nie zawsze ten zabieg odnosi pozytywny efekt, lecz w tym przypadku zostałem mile zaskoczony.

Oglądając "Słonia" nie zwracałem uwagi na grę aktorów, ponieważ w pewnym momencie wydali mi się na tyle naturalni, że przestałem patrzeć na nich jak na odtwórców wymyślonych ról. Bardzo to zaskakuje, zważywszy, że większość obsady to ludzie młodzi (kilkunasto-, góra dwudziestokilkuletni), a spora część z nich debiutuje na ekranie. Nie muszę chyba wspominać, jak bardzo pomaga to w odbiorze filmu.

Muzyka w filmie prawie wcale nie występuje. Z wyjątkiem utworów Beethovena podczas jednej ze scen i napisów końcowych słyszeć będziemy jedynie naturalne, szkolne odgłosy: gwar rozmów, folley, itp. Zabieg ten okazał się niezwykle skuteczny: niczym u XIX-wiecznych naturalistów obraz realny, prawdopodobny, sprawia, że dzieło robi jeszcze większe wrażenie. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, ale teraz naprawdę muszę przyznać, że oglądając film po raz pierwszy cieszyłem się, że nie dociera do moich uszu żadna muzyka.

Zastanawia jedynie zachowanie polskiego dystrybutora - film, który w Cannes otrzymał Złotą Palmę, w prasie zbiera świetne recenzje i jest doceniany przez publiczność wprowadzony został do kin w minimalnej liczbie kopii przy prawie zerowej reklamie. Podczas, gdy superprodukcje zbierają miliony, dobre, ambitne filmy pozostają niezauważone przez ogół społeczeństwa. Przypomniawszy sobie przypadek i polską dystrybucję "Dogville" zauważymy, że nie zawsze tak musi być.

Chciałbym jednak zaznaczyć, że "Słoń" nie jest filmem dla wszystkich. Część widzów może się po prostu znudzić powolnie prowadzoną akcją, innych być może odstraszy niezwykła we współczesnym kinie oszczędność formy. Mimo wszystko wierzę, że znajdzie się garstka ludzi, którzy ten film zobaczą i docenią. Trzeba dodać, że "Słoń", przy całej swej "indywidualności" nie reprezentuje sobą jedynie "sztuki dla sztuki": z pewnością znajdzie odbiorców również wśród normalnej, niezbyt obeznanej ze światowym kinem widowni.

Osoby, które lubią w kinie zapomnieć o bożym świecie i dać porwać się filmowi na pewno nie będą zawiedzione. "Słoń" to film o wielkiej mocy, mimo skromnych środków przekazu: zapada głęboko w pamięć zmieniając na zawsze uważnego widza. Niektórzy być może zauważą nawet, że "Słoń" towarzyszy im na co dzień.
A wtedy zwykły spacer po ulicy będzie wielkim wydarzeniem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 69% uznało tę recenzję za pomocną (13 głosów).
wojtimosi
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (10)

zobacz wszystkie