Recenzja filmu Brunet wieczorową porą (1976)
Stanisław Bareja

Kowalskim i tyś, "królu kochany"!

"Brunet wieczorową porą" to film znakomity oraz jedna z najbardziej udanych i zarazem najbardziej oryginalnych polskich komedii. Moim zdaniem, szczytowe osiągnięcie nieodżałowanego Stanisława ...
Filmweb sp. z o.o.
"Brunet wieczorową porą" to film znakomity oraz jedna z najbardziej udanych i zarazem najbardziej oryginalnych polskich komedii. Moim zdaniem, szczytowe osiągnięcie nieodżałowanego Stanisława Barei, w prywatnym moim rankingu znacznie dystansujące nawet powszechnie uwielbianego "Misia". Z reguły unikam tego typu określeń, tym razem jednak oprzeć im się po prostu nie mogę: jest to film prawdziwie kultowy.

W tej komedii jednego z najpoczytniejszych polskich reżyserów, licząc chyba całą naszą kinematografię, aż roi się od absurdu, sam obraz jest zaś jego szczytem. Od samego początku, kiedy to w czołówce pojawia się tytuł filmu: oczywiście z ogromną ilością błędów ortograficznych, by za chwilę "znormalnieć", co – samo w sobie – nie bez przypadku, budzi nieodparte skojarzenia z ówczesną cenzurą. Twór reżysera, aby móc pozwolić go zobaczyć innym, należało bowiem uprzednio przykroić do "właściwych" potrzeb.

Film Barei, wbrew wielu analizom i interpretacjom, bynajmniej nie jest jednak wyłącznie czarną komedią kryminalną, lekko co prawda horrorowatą, jak mogłaby na to wskazywać sama jego fabuła. Fakt, pojawiają się w niej: i "przeklęty" dom, i mający coś na sumieniu, nieuczciwi sąsiedzi, tajemnicza i "ociekająca krwią" Cyganka, włamania oraz – równie tajemniczy – "gość z czerwonym kapeluszem", również góral spychany z góry, strażnik Ministerstwa Handlu Wewnętrznego z atrybutem swym nieodłącznym: kałasznikowem, tajemnicze połączenia z Ciechocinkiem, pojawiający się znikąd – choć przecież zapowiadany – obywatel Krępak, jak również "nieuniknione" morderstwo, także przepowiedziane przez "nieomylną" Cygankę; nie można się jednak oprzeć wrażeniu, że – jak w całym filmie – są one jedynie budulcem specyficznej i mocno nieodgadnionej atmosfery absurdu panującej w kraju, w czasach, kiedy to "nikt nigdy nie wie, o co tak naprawdę chodzi". Ba, nie wiadomo nawet, która jest w danym momencie godzina, o czym świadczą pojawiające się co chwilę sprzeczne komunikaty telewizyjne.

Konia z rzędem temu, kto odgadnie, kto naprawdę zabił obywatela Krępaka. Historia jest, mówiąc obrazowo, tak udziwniona, iż nieprzypadkowo do złudzenia przypomina samo złudzenie. Albo nawet i sen.

Z tegoż właśnie względu, z uwagi na ten jakże celny opis atmosfery z czasów dawnego, "jedynie słusznego ustroju" (lecz i nie tylko z tegoż powodu, o czym niżej), określanie "Bruneta wieczorową porą" mianem li tylko komedii kryminalnej jest bardzo wątpliwym uproszczeniem.

Michał Roman, główny bohater dzieła (świetny Krzysztof Kowalewski), jak inni mu ówcześni, aż dusi się w owej mocno stężonej atmosferze absurdu. Pogrążony w letargu ledwie próbuje zaznaczyć otoczeniu swoją obecność. Niezauważany przez taksówkarzy, znajomych, a nawet przez własną rodzinę. Przedmiot a nie osoba?

Michał Roman to idealny przykład człowieka PRL-u. Ogłupianego zewsząd i przez każdego. Sprowadzanego do roli maszynki, która toczyć się winna po – a jakżesz!: "idealnie" przez innych wyznaczonych torach. "Jednostki", której wmawia się nawet przedziwne morderstwo, nawet zanim zostanie ono – o ile w ogóle – popełnione. Osoby ignorowanej w każdym miejscu, nie słuchanej nawet wtedy, gdy bohater prosi kelnera o "dwóch a nawet trzech milicjantów".

"Brunet wieczorową porą" to chyba najlepszy w polskiej kinematografii obraz PRL-owskiego zniewolenia. Atrakcyjniejszy tym bardziej, że zauważalny dopiero po "odrzuceniu" niekoniecznie przystającej do takich wniosków formuły, w tym fabuły, dzieła. To doskonały obrazek z czasów, gdy zdziwienia nie budził fakt, że ktoś wdziera się na czyjąś imprezę dancingową (to słynne – słyszane od gospodarzy wieczoru – "bo my tu tak na oranżadę tylko. Proszę, proszę!"). Gdy bezimienny Kowalski, a więc – z racji powszechności tego nazwiska – każdy może być aresztowany (i dostać "wysoki wyrok, bo głupio, bardzo głupio się bronił",  jak zaświadcza jedna z sąsiadek głównego bohatera) tylko dlatego, że w szafie trzyma czerwony kapelusz. "Czerwony kapelusz jest najważniejszy.". Doprawdy, nielogiczne czasy i życie, w trakcie którego logiką kierować się, pod żadnym pozorem, nie należało! Życie, w którym miałyby obowiązywać "prawdy" odgórne, narzucane. Takie, jak wywód Kazika Malinowskiego (Wiesław Gołas) – moim zdaniem, najbardziej szarej eminencji w całym filmie, "idealnie" tłumaczący przedziwne zdarzenia, do jakich doszło w otoczeniu głównego bohatera.

"Czasy bez czasu". Bo telewizja nie jest w stanie podać prawidłowej godziny. A panowie dziennikarze, zamiast o rzeczach ważnych, dyskutują o "bezwładzie percepcji i inercji westernu", co doskonale rozumieć winien przecież każdy, przeciętny telewidz (i – a może przede wszystkim – również w dzisiejszych czasach).
Wszędzie królują pozory i niezrozumienie.

Obraz jednostki i tło społeczne, na jakie natrafiamy w "Brunecie wieczorową porą", mogą – i powinny – prowadzić jednak do dalece ogólniejszych prób interpretacji dzieła. Znacznie wykraczających poza czasy Michała Romana, i PRL-u tym bardziej.
Bo czyż losy bohaterów filmu nie są czymś z gruntu zbliżonym do historii głównego bohatera "Procesu" Franza Kafki bądź innych, podobnych dzieł?
Obywatel Krępak, "zapytany" przez Michała Romana (co brzmi raczej jak jakieś obwieszczenie, a na pewno nie pytanie), czy ten "zdaje sobie sprawę, że on może go zamordować", bez jakiegokolwiek zająknięcia, z czystym spokojem, odpowiada: "Ależ tak, oczywiście!".
Każda z osób, jakie pokazują się w filmie Bareizm (1997)Barei, sprawia wrażenie oczekującej na wyrok "z góry" – abstrahując od tego, czym/kim jest owa "góra" – wydany. Nawet Bogu ducha winna babcia w czerwonym kapeluszu (którą – podobno – zagrała matka reżysera). A nawet prześmieszny kierowca (równie nieodżałowany Józef Nalberczak), który tylko łudzi się, że "całe życie na farcie jedzie" oraz że uda się mu i tym razem. I nawet, rzecz jasna (?!), Kowalski, którego i tak dopadnie przeznaczenie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (64 głosy).
hando
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!
o