Recenzja filmu Noc żywych trupów (1968)
George A. Romero

Krew, ludożercy i koktajle Mołotowa

Na cmentarz na prowincji przyjeżdża dwoje rodzeństwa pragnących odwiedzić grób zmarłego ojca. Podczas spaceru zostają zaatakowani przez okropnie wyglądającego osobnika. Jedynie siostra ucieka ...
Filmweb sp. z o.o.
Na cmentarz na prowincji przyjeżdża dwoje rodzeństwa pragnących odwiedzić grób zmarłego ojca. Podczas spaceru zostają zaatakowani przez okropnie wyglądającego osobnika. Jedynie siostra ucieka napastnikowi, po czym dociera do wyludnionej farmy. Tam przejezdny czarnoskóry oraz konserwatywna rodzina i para kochanków bronią się przed atakiem grupy żywych trupów. Czy powodem kulminacyjnego finału są spragnione krwi otępiałe bestie powstałe z martwych, czy może raczej nieufność i niesolidarność panujące wśród grupy ocalałych?

"Noc żywych trupów" była debiutanckim filmem George'a A. Romero, nowojorczyka, który początkowo kręcił dla zabawy - wraz z przyjaciółmi stworzył studio The Latent Image, a scenariusz do horroru napisał wespół z kolegą Johnem A. Russo. Zrobiony przygodnie, za około 100 tysięcy dolarów, film Romero znacznie różni się od horrorów wysokobudżetowych, robionych wtedy głównie przez wytwórnie MGM i Warner Bros. Wpisuje się bowiem w krwistą odmianę horroru zwaną "gore".

Ale dlaczego "Noc żywych trupów" jest klasykiem gore, skoro nie była pierwsza (inna sprawa, że protoplasta tego podgatunku - "Blood Feast" - nie ma zbyt dużej popularności)? Na pewno nie ze względu na walory estetyczne: jest to film obrzydliwy, pełen krwi, kanibalizmu, nawet piromanii - choć czego oczekiwać od produkcji tego typu? Nie wyróżnia się również precyzją wykonania - reportaże "na żywo" z tajemniczej inwazji zombie na USA kręcone są w dzień, chociaż akcja akurat toczy się nocą. O sukcesie "Nocy..." przesądziła świetna, głęboka miejscami fabuła, ukazująca hipokryzję rzekomo solidarnych południowców (podstarzały białoskóry próbuje się zabarykadować w piwnicy, by pomóc tylko własnej rodzinie, a wskutek uprzedzeń nie chce pomóc człowiekowi o innym kolorze skóry), a przede wszystkim łamiąca tabu scenariuszowe - główny bohater jest czarnoskóry i do tego całkiem sympatyczny, co było wtedy nowością.

Reżyser ironizuje także co do sposobu zaradzenia problemowi hordy żywych trupów - naukowcy zalecają niegrzebanie zwłok, z których powstają zombie, zaś lokalna policja bezmyślnie strzela do wszystkiego, co się rusza, by usunąć zagrożenie. Ta wieloznaczność fabuły czyni z "Nocy..." dzieło klasyczne.

Można nie lubić Romero, ale trzeba uznać, że wywarł on znaczny wpływ na sposób robienia nie tylko horrorów, ale i filmów w ogóle.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (20 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)