Recenzja filmu Mój Nikifor (2004)
Krzysztof Krauze

Krynica i mój Nikifor

Sztuka kinematograficzna szuka gotowych tematów na filmy. Takimi są z pewnością żywoty malarzy, naukowców i wszystkich innych wielkich tego świata. Kino lubi również opowieści o ludzkiej doli i ...
Filmweb sp. z o.o.
Sztuka kinematograficzna szuka gotowych tematów na filmy. Takimi są z pewnością żywoty malarzy, naukowców i wszystkich innych wielkich tego świata. Kino lubi również opowieści o ludzkiej doli i niedoli. W "Moim Nikiforze" znajdziemy jedno i drugie. Jednak czy tym razem okazał się to taki zwykły temat, dzięki któremu można nabić kieszenie kasą? Moim zdaniem tak nie jest, z kilku prostych powodów. Po pierwsze w Polsce takie filmy jak ten wcale nie zbijają wielkich pieniędzy, jeśli w ogóle można powiedzieć, że w naszym kraju da się zarobić na kinie. "Mój Nikifor" opowiada również o człowieku biednym, brudnym, niedomytym. A przeciętny widz nie lubi oglądać takich obrazów. Każdy uważa, że ma tego wszystkiego i tak za dużo wokół siebie. Jeśli ktoś już wybiera się do kina, to chce oglądać wyższe sfery, a z każdej klatki taśmy filmowej mają wylewać się brylanty. Tego jednak nikt nie ujrzy w nowym filmie Krzysztofa Krauze.

W 1960 roku do pracowni Mariana Włosińskiego w Krynicy wprasza się malarz-analfabeta Nikifor. Nie pytając nikogo o zgodę, mości sobie tam miejsce do pracy. Mówi mało, jest nie domyty, nieogolony, a jedyne co robi, to maluje całe dnie. Marian Włosiński nie jest zadowolony z obecności malarza blisko siebie, Jednak jego szef jako krynicki mecenas kultury uważa, że należy dbać o twórców sztuki ludowej. Sprawa zmienia obrót, kiedy okazuje się, że Nikifor jest chory na gruźlicę. Zostaje wyrzucony z pracowni i znienawidzony przez wszystkich wokół. Wtedy to jedynym, który lituje się nad chorym, jest Włosiński. Pomaga Nikiforowi we wszystkim, okazuje mu dobroć. Miłosiernych czynów nie potrafi zrozumieć jego żona i wraz z dziećmi wyjeżdża do Krakowa.

Długie miesiące czekałem, aż zasiądę na sali kinowej i będę mógł obejrzeć film o kimś, kto zdaniem wielu z was pewnie nie zasługuje na to, by nawet o nim cokolwiek napisać. Jednak Krzysztof Krauze nakręcił o nim film. I nie zrobił tego "obrazu" o jednym z najsłynniejszych malarzy prymitywistów na świecie, ale o człowieku, a ściślej o dwójce ludzi. Włosiński gra tu w końcu nie mniej ważną rolę. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że Nikifor to tylko przyczyna tego, co dzieje się w życiu Włosińskiego.

Epifaniusz Dworniak (bo tak nazywał się w rzeczywistości Nikifor) był człowiekiem prostym. Nie był dziwakiem. To ludzie brali go za kogoś niespełna rozumu, bo był zbyt prostolinijny. Dla niego wszystko było zrozumiałe i oczywiste. Umiał udzielać odpowiedzi: tak, nie. Nie lubił owijania w bawełnę. Chciał wszystko brać takim, jakie jest, chciał czuć prawdę. Nie znosił kłamstwa. Ludzie mimo tego nie lubili go, odrzucali. Dlaczego? Bo wyglądał inaczej niż wszyscy. Nie mówił, tylko bełkotał. Jednak to nie wszystko, sama fizjonomia nie wystarczy, by odepchnąć człowieka. Główną przyczyną było to, że Nikifor był prosty. Nie wbijał swojego życia w żadne reguły, robił to co chciał i to na co pozwalał mu los i opatrzność Boża. Potrafił zadawać pytania bardzo oczywiste, które jednak okazywały się najtrudniejszymi pytaniami, jakie można sformować, gdyż trudno było na nie dać jednoznaczne odpowiedzi. Charakterystyka, którą właśnie zrobiłem może postawić Nikifora prawie jak świętego. A to nieprawda, on nie był świętym. Owszem, był człowiekiem niezwykłym, ale nigdy nie nazwałbym go nieskazitelnym. Był trochę bezczelny, może to dlatego, że jak sam mówił, poznał piekło i niebo, a może dlatego, że był szczery i po prostu nie krył swoich myśli przed innymi.

Nikifor w filmie to jedno, drugie zaś to Marian Włosiński. Był on człowiekiem jak inni. Gonił za czymś niedoścignionym, nieosiągalnym. Pracował, malował na zlecenie. Może właśnie dlatego mimo starań nie stawał się nikim wielkim. Bo mimo tego, że chciał czegoś osiągnąć, cały czas rozmieniał się na drobne, gonił również za pieniądzem. Dopiero spotkanie z Nikiforem odmieniło jego życie. Ten analfabeta powtarzał Włosińskiemu, że nie potrafi malować i dodawał przy tym, że on go tego nauczy. Na ekranie oglądamy przemianę człowieka. Przemianę niezwykłą - bo na lepsze. Mało już na świecie zdarza się takich cudów, każdy teraz staje się gorszy, bardziej bezwzględny i odsuwa od siebie uczucia. Tu jednak zwykły porządek został zakłócony, a nawet odmieniony. Bo człowiek zwracający uwagę głównie na siebie i rodzinę, zaczyna zauważać kogoś obok, kogoś cierpiącego, potrzebującego wsparcia i pomocy. Każdy z nas powinien w życiu spotkać swojego Nikifora, takiego, który rozpali w nas dobro i pozwoli nam odnaleźć lepszą stronę naszego ja.

"Mój Nikifor" to również film, w którym potrafiłem zrozumieć każdego bohatera. Nie było tu czarnego charakteru. Bo jeśli już na ekranie mieliśmy do czynienia ze złymi uczynkami, to były one w jakiś sposób uzasadnione. Wyrzucenie Nikifora z pracowni z powodu gruźlicy uzasadnia strach przed zarażeniem innych . Tak samo można uzasadnić przeniesienie się rodziny Włosińskiego do Krakowa. Co najbardziej paradoksalne, najtrudniej zrozumieć to, co czyni Włosiński dla tego chorego człowieka. Nam ludziom siedzącym w kinie nie przechodzi przez myśl, że można się tak poświecić i oddać drugiemu człowiekowi, nie dostając nic w zamian.
W "Moim Nikiforze" poraża również niezwykła naturalność. Reżyser pokazuje wszystko. Rozmowa nie jest tylko cały czas rozmową o czymś, ale przerywają ją pytania błahe, które do fabuł nic nie wnoszą, ale bardzo są potrzebne, by tę historię uwiarygodnić.

Nie byłoby metafizyki filmu Krauzego, gdyby nie Krystyna Feldman. To dzięki niej Nikifor znów ożył. Ożyła jego mała osóbka i wielka dusza, z wielkim talentem i jeszcze większą prostotą. Pani Krystyna stała się w tym filmie nie tylko mężczyzną, co dla kobiety niełatwe, ale także inną osobą. Stworzyła w sobie nową osobowość, w jej ciele zagościł Epifaniusz Dworniak. Nie pomylili się jurorzy, przyznając niedawno pani Feldman nagrodę aktorską na festiwalu w Gdyni. Ta rola wymagała niezwykłej pracy, przygotowania. Każdy ruch twarzy jest tu przemyślany, nic nie jest robione na łapu capu. Czemu? Bo tu wszystko ma znaczenie. Wszystko urasta do czegoś nadzwyczajnego. Od początku byłem zadowolony, że Krystyna Feldman otrzymała rolę Nikifora, a teraz wiem, że mój kredyt zaufania został spłacony z nawiązką.
Nie zapomnijmy zachwycając się Krystyną Feldman o Romanie Gancarczyku, odtwórcy roli Mariana Włosińskiego. Był bardzo naturalny. Czasem jego gra była nawet niewidoczna. Komponowała się ze wszystkim innym, co było na ekranie wręcz niedostrzegalne, a tylko w uszach gdzieś dzwoniły słowa wypowiadane przez aktora. Ktoś mógłby powiedzieć: przecież jeśli tak było, to jego rola była za mało wyrazista. Ja jednak zaprzeczę, Gancarczyk był w filmie taki, jaki powinien być. Jego postać uświadamiała nam tę całą historię, dzięki niemu jesteśmy w stanie zrozumieć postawę Włosińskiego. Postawę, która, jak już wspomniałem, dziwi nas. Dlatego wcale Romana Gancarczyka w hierarchii gry aktorskiej nie stawiałbym niżej niż Krystynę Feldman.

Warte zauważenia są również wszystkie pozostałe role. Zaczynając od Lucyny Malec grającej żonę Włosińskiego, a kończąc na bardzo wiarygodnych epizodach.

Zdjęcia do filmu Krzysztofa Krauzego zrobił najbardziej ceniony przeze mnie operator w Polsce - Krzysztof Ptak. Pokochałem jego pracę po "Pornografii" . W "Moim Nikiforze" również czaruje, ale już inaczej. Tu jego głównym atutem są zdjęcia Krynicy. Raz to skąpanej w śniegu, drugi - czującej powiew nadchodzącej wiosny. Kiedy patrzyłem na te niezwykłe ujęcia, przechodziły mnie dreszcze. W tych momentach marzyłem, by przenieść się na krynicki deptak i pospacerować wraz z duchem Nikifora. Nie byłoby moich dreszczy bez przepięknej muzyki Bartłomieja Gliniaka. Delikatnej, a zarazem przejmującej. Dla mnie już zawsze będzie nierozerwalną częścią tego filmu oraz obrazów Epifaniusza Dworniaka. Piękna jest również scenografia i kostiumy, które świetnie oddają duch lat 60. Również dekoracja wnętrz jest bardzo udana. Głównie oczarowały mnie wystroje chałup i pracowni Włosińskiego.

Na koniec filmu usłyszymy piosenkę "Dziwny jest ten świat" i zobaczymy galerię obrazów Nikifora. Kiedy obejrzycie ten film, zrozumiecie jak bardzo to piękne i trafne zakończenie. Trudno pisać coś jeszcze, kiedy wszystko co docierało do mich oczu z ekranu jeszcze takie świeże. Na koniec jednak jeszcze chce dodać, że "Mój Nikifor" to film zupełnie taki, jak główny bohater - prosty, szczery. Powiedziałbym nawet, że trochę naiwny, gdyby nie to, że jest to prawdziwa historia. Chciałbym również, by "Mojego Nikifora" obejrzeli nie wszyscy, ale tylko ci wrażliwi na otaczający ich świat. Niech nie idą do kina patrzący na świat okiem matematyka - bezwzględnie, bo nie znajdą w kinie nic dla siebie. Może moja prośba wydaje się szalona, ale ten film powinien pozostać obrazem niszowym, który obejrzą tylko ci, którzy go obejrzeć powinni.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (15 głosów).
zebro
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

o