Recenzja filmu Pożegnanie z Europą (2016)
Maria Schrader

Krzyżyk na drogę

Stefan Zweig, gwiazdor europejskiej literatury okresu międzywojennego, wydaje się dziś autorem nieco zapomnianym. "Pożegnanie z Europą" raczej nie zmieni tego stanu rzeczy. Reżyserka Maria ...
Filmweb sp. z o.o.
Stefan Zweig, gwiazdor europejskiej literatury okresu międzywojennego, wydaje się dziś autorem nieco zapomnianym. "Pożegnanie z Europą" raczej nie zmieni tego stanu rzeczy. Reżyserka Maria Schrader zrealizowała boleśnie nijaki film o pisarzu słynącym, o ironio, z tworzenia wybitnych książek biograficznych.


Zweig – postać nieoczywista i skomplikowana – pozostaje dla niedoświadczonej twórczyni nieosiągalny. Jedyną szansą na okiełznanie bohatera okazuje się dla Schrader zamknięcie go w ciasnej szufladce stereotypów. Lwią część "Pożegnania..." stanowią zatem sceny eleganckich rautów, podczas których pisarz i jego akolici wygłaszają natchnione monologi o ogarniętej wojną Europie. Gdy natomiast Schrader pragnie pokazać nam prywatne oblicze autora, popada w drugą skrajność i daje się ponieść melodramatyzmowi. Scena rozmowy Zweiga z jego byłą żoną, przerażoną losem wspólnych znajomych narażonych na hitlerowskie szykany, wygląda jak żywcem wyjęta z telenoweli pod tytułem "E jak egzaltacja".

Klęska Schrader wydaje się potwierdzeniem tezy o bezradności X muzy w wiarygodnym portretowaniu bohatera – intelektualisty. Próba zagłębienia się w jego bogate życie wewnętrzne, które często daje tak dobre rezultaty w literaturze, na kinowym ekranie wypada zwykle sztucznie i pretensjonalnie. Filmy Erica Rohmera czy Krzysztofa Zanussiego z czasów gdy bardziej interesowało go jeszcze stawianie pytań niż udzielanie odpowiedzi, udowadniają jednak, że sukces na tym polu bywa możliwy. Całkiem zresztą prawdopodobne, że twórca o większym talencie niż – znana do tej pory głównie z kariery aktorskiej – Schrader, zrobiłby lepszy użytek także z biografii Zweiga.


Losy słynnego pisarza, który jako austriacki Żyd musiał zbiec z opanowanej przez Hitlera ojczyzny, stanowią bowiem pretekst do postawienia kilku istotnych pytań. Przez pewien czas może się wydawać, że wielki temat "Pożegnania..." stanowić będzie refleksja nad skomplikowanymi relacjami sztuki i polityki. Już na początku filmu Zweig zastanawia się, czy powinien wykorzystać swoją twórczość do jednoznacznego potępienia nazizmu, czy raczej pozostać wiernym artystycznej niezależności. Dylemat ten pozostaje jednak ledwie naszkicowany, a zamiast go pogłębić, Schrader woli skupić się na zrelacjonowaniu tułaczki bohatera krążącego pomiędzy Ameryką Północną a Południową.

Niestety, "Pożegnanie..." nie sprawdza się również jako studium wykorzenienia jednostki, która – po przymusowym opuszczeniu ojczyzny – bezskutecznie szuka swego miejsca w świecie. Schrader nie potrafi znaleźć klucza do psychiki bohatera i dać nam wiarygodnego świadectwa przeżywanego przez niego bólu duszy. Zewnętrzne oznaki dyskomfortu pisarza nie wykraczają natomiast poza poziom trywialnej codzienności i aż proszą się o zainicjowanie parodystycznej akcji w rodzaju "Cierpię jak Stefan Zweig w Brazylii".

W tej sytuacji, sprowokowany przez pisarza, tragiczny finał jego losów sprawia wrażenie artystowskiej fanaberii. O tym, że w rzeczywistości było inaczej, możemy tymczasem przekonać się choćby ze świetnie ocenianego – wydanego również w Polsce – komiksu Laurenta Seksika i Guillaume'a Sorela "Ostatnie dni Stefana Zweiga". Po seansie filmu łatwo odnieść wrażenie, że Schrader nie przeczytała go zbyt uważnie, tak samo zresztą jak książek własnego bohatera. Warto zatem wyręczyć autorkę i zamiast sięgać po, przypominające  kiepską powieść, "Pożegnanie...", zapoznać się choćby ze znakomitą, zniuansowaną psychologicznie "Dziewczyną z poczty".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 44% uznało tę recenzję za pomocną (9 głosów).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni