Recenzja filmu Obcy - 8. pasażer "Nostromo" (1979)
Ridley Scott

Krzyk w kosmosie

Słynnego arcydzieła kina grozy, wyreżyserowanego przez Ridleya Scotta, nikomu chyba przedstawiać nie trzeba - dzisiaj "Obcy" jest już ikoną, a wykreowana przez słynnego grafika, H.R. Gigera, ...
Filmweb sp. z o.o.
Słynnego arcydzieła kina grozy, wyreżyserowanego przez Ridleya Scotta, nikomu chyba przedstawiać nie trzeba - dzisiaj "Obcy" jest już ikoną, a wykreowana przez słynnego grafika, H.R. Gigera, mordercza istota z kosmosu należy do najbardziej rozpoznawalnych postaci (jeżeli można tak to ująć) w historii kina. O ile jednak film nie bez przyczyny zyskał status kultowego, o tyle muzyka z niego, będąca wybitnym dziełem równie wybitnego, nieżyjącego już niestety kompozytora, Jerry’ego Goldsmitha, nie jest znana praktycznie wcale. 

Nietrudno domyślić się, dlaczego. W dzisiejszych czasach wszystko musi być podane na talerzu, niewymagające i łatwo przyswajalne. Niestety ścieżka ta, jaką podążyło wielu tworzących współcześnie kompozytorów, nijak ma się do prawdziwej sztuki tworzenia muzyki filmowej. Jak sama nazwa wskazuje, muzyka filmowa ma stanowić tło dla wizji reżysera, a nie – wbrew opinii wielu słuchaczy – fajną składankę utworów, której można posłuchać przy obiedzie albo w drodze do szkoły (bądź w drodze do pracy, jak ktoś woli). Z tego właśnie powodu większość muzyków należących do "Remote Control" (dawniej "Media Ventures") nie mogę nazwać inaczej niż przeciętnymi, pozbawionymi iskry talentu "tapeciarzami". Na ich tle zupełnie inaczej przedstawiają się kompozytorzy starej daty, tacy jak m.in. Ennio Morricone, John Williams, Bernard Herrmann, Max Steiner czy w końcu Jerry Goldsmith. Muzyka filmowa ma dobrze brzmieć w filmie – to było i wciąż jest ich hasłem. To, jak brzmi słuchana poza nim, jest sprawą marginalną.  

Owe w stu procentach słuszne założenie, na bazie którego powstało wiele z najwspanialszych ścieżek muzycznych, jest jednocześnie gwoździem do trumny klasycznych kompozycji ze "starej szkoły". Ściśle dopasowana do filmu muzyka siłą rzeczy nie zawsze będzie stanowić idealny obiekt do zwykłego słuchania, co z kolei raczej nie przysporzy jej popularności na miarę Pink Floydów. Głównie z tego powodu wielkie kompozycje filmowe, takie jak "King Kong" Steinera, "Lew w zimie" Barry’ego, "Obywatel Kane" Herrmanna czy będący przedmiotem tej recenzji "Obcy" Goldsmitha obecnie spoczywają tam, gdzie nigdy nie powinny spocząć dzieła takiego formatu – na dnie studni zapomnienia.

Tym, co czyni tę kompozycję dziełem tak wyjątkowym, jest fenomenalny, genialny, perfekcyjny (i można by tak wyliczać w nieskończoność) klimat, który przenika każdą nutę muzyki, a co za tym idzie - również każdy kadr taśmy. Mimo początkowym sprzeczek, jakie jeszcze przed rozpoczęciem prac nad filmem nieomal zakończyły współpracę Scotta z Goldsmithem (obaj panowie mieli dwa zupełnie różne poglądy na muzykę do "Obcego"), efektem ich wspólnych wysiłków okazało się mistrzowskie połączenie obrazu i muzyki, które do dziś pozostaje jednym z niedoścignionych przykładów tego, jak te dwie różne formy artystycznego wyrazu potrafią stworzyć jedną, nierozerwalną całość. Choć nawet fani "Obcego" o tym zapominają, to właśnie muzyce film w dużym stopniu zawdzięcza swój fenomenalny klimat – i kto wie, czy może nie głównie jej?

Już sam motyw przewodni okazuje się małym arcydziełem suspensu. "Main Theme" (zaprawdę niezwykle oryginalny tytuł) łączy w sobie wizję Scotta (mroczne, tajemnicze i szorstkie dźwięki) i Goldsmitha (ukazanie piękna kosmosu poprzez delikatną harmonię muzyki), i te dwie całkowicie odmienne spojrzenia spaja w niezwykłą całość, a potem systematycznie rozwija je w utworach takich jak np. "Landing". W znaczącej większości tej ścieżki do głosu dochodzi jednak głównie głos reżysera, przez co filar kompozycji stanowią dynamiczne i z lekka ambientowe utwory, takie jak "Acid test" i "Breakaway", w których orkiestra pędzi niczym rozpędzony pociąg, zalewając nas morzem niezwykłych i niepokojących dźwięków. Zwłaszcza sekcja smyczkowa oraz dęta dokonują tu prawdziwych cudów, jeżeli chodzi o kreowanie klimatu. Oszczędność potrafi być jednak równie efektowna, co rozmach – dowodem tego jest chociażby "Face Huggers", w którym dominującym dźwiękiem jest… cisza. Efekt jest rewelacyjny – czasami cisza potrafi zdziałać więcej niż najbardziej wymyślne popisy orkiestry.

Ciężko rzec coś więcej... Jerry Goldsmith stworzył prawdziwe arcydzieło klimatu, w którym ostatecznie udało się zawrzeć obie, całkowicie odmienne wizje - są tu zarówno brutalne, szorstkie i przerażające kawałki, jakich chciał reżyser, jak i spokojne, wręcz romantyczne melodie, na których zależało kompozytorowi. Efekt jest naprawdę fantastyczny. Czy album ten ma jakieś znaczące wady? Nie, nie i jeszcze raz nie. Narzekać można jedynie na fakt, że wydanie tej ścieżki woła o pomstę do nieba - jest on strasznie okrojony, a rozszerzona wersja soundtracku, która ukazała się w śmiesznie małym nakładzie, jest właściwie niemożliwa do zdobycia. A jeżeli chodzi o słuchalność tej muzyki, która może pokaleczyć uszy rozpieszczonych, przyzwyczajonych do "Remote Control" słuchaczy… cóż, moje zdanie na ten temat już znacie.
Rzekłem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 58% uznało tę recenzję za pomocną (65 głosów).
JaszczurXP
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)