Recenzja filmu Rodzinne rewolucje (2014)
Frank Coraci

Kto się czubi...

Adam Sandler i Drew Barrymore potrafią naprawić większość scenariuszowo-reżyserskich wpadek i zamienić drewniany humor w pełną uroku opowieść o miłości i rodzicielstwie. Są siłą życiową ...
Filmweb sp. z o.o.
Adam Sandler, jeden z ulubionych komediowych aktorów Ameryki, nie miał ostatnio dobrej passy. Absolutnym dnem była komedia z 2013 roku "Jeszcze większe dzieci". Nie powinno więc dziwić to, że w kolejnym filmie postawił na sprawdzone pomysły. Decyzja była właściwa. Udało mu się uniknąć powtórnego blamażu. I choć "Rodzinne rewolucje" są obrazem wadliwym, to i tak pozostawiają po sobie pozytywne wrażenie.

photo.title

Fabularnie obraz Franka Coraciego wygląda jak sequel dziesiątek, jeśli nie setek komedii (by wymienić tylko "Żonę na niby" i "Hecę w zoo"). Wszystko dlatego, że "Rodzinne rewolucje" to historia stara jak świat, pokazująca, że kto się czubi, ten się lubi. Mamy więc główną parę, która na początku odkrywa, że nic ich ze sobą nie łączy. Ale to tylko pierwsze wrażenie, i do tego błędne. Gdy wbrew własnej woli (choć za sprawą swoich – jakże podobnych! – decyzji) zostaną zmuszeni do spędzenia wspólnych afrykańskich wakacji, odkryją, że wiele ich łączy. Zaś to, co ich różni, zamiast przeszkadzać, tylko im pomaga, bowiem są to cechy komplementarne, dzięki którym łatwiej przychodzi im radzić sobie z kłopotami dnia codziennego. Ona rozwiąże problemy córek bohatera, on pomoże w wychowywaniu jej synów.

Komedia jest jednym z tych gatunków, od których nie wymaga się oryginalności. Dla wielkich wytwórni to błogosławieństwo. Pewność i przewidywalność to podstawy funkcjonowania każdej korporacji. Jednak w przypadku filmów jest to złudne poczucie, ponieważ tam, gdzie schemat jest oczywisty, zaczynają liczyć się detale. W przypadku komedii najważniejsze stają się humor i dynamika aktorskich interakcji. W "Rodzinnych rewolucjach" to pierwsze funkcjonuje z trudem, za to drugi element działa perfekcyjnie.

photo.title photo.title

Frank Coraci to komediowy weteran. Niestety, mimo bogatej filmografii większość z jego obrazów to dzieła dość przeciętnej jakości. Nie powinno więc dziwić, że połowa gagów w "Rodzinnych rewolucjach" nie sprawdza się. Są zbyt ordynarne, nachalne. Pasują bardziej do filmów w stylu "Kariera frajera" niż do komedii romantyczno-familijnych. Niektóre dowcipy wymagają od widza dodatkowej wiedzy (na przykład sekwencja krykietowa jest zabawna wtedy, kiedy oglądający orientują się, kim jest występujący w niej Dale Steyn). Są też i takie decyzje, których po prostu nie da się zrozumieć, jak choćby to, po co w jednej ze scen pojawia się Alexis Arquette.

Powyższy akapit może sugerować, że "Rodzinne rewolucje" są kiepską komedią. Tak jednak nie jest. Film ma bowiem Adama Sandlera i Drew Barrymore, którzy potrafią naprawić większość scenariuszowo-reżyserskich wpadek i zamienić drewniany humor w pełną uroku opowieść o miłości i rodzicielstwie. Są siłą życiową napędzającą całą filmową machinę. Łącząca ich więź wydaje się tak autentyczna, że każda scena z ich udziałem przeistacza się w komediowe cacuszko. Dzięki nim obraz nabiera barw, usta same układają się do uśmiechu, a serce rośnie w obliczu rodzącego się na oczach widzów związku ich bohaterów. Sandler i Barrymore udowadniają (jakby ktokolwiek mógł w to wątpić), że podstawą każdej dobrej komedii jest porozumienie między aktorami. Ta dwójka stanowi tak solidne fundamenty, że nic i nikt nie jest w stanie zmienić tego, że "Rodzinne rewolucje" to przesympatyczna komedia w sam raz na niezobowiązujący letni wypad do kina.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 73% uznało tę recenzję za pomocną (51 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły