Recenzja filmu Hollywoodland (2006)
Allen Coulter

Kto zabił Człowieka ze stali?

W największym uproszczeniu i skrócie fabułę filmu Allena Coultera można podsumować jednym pytaniem: kto zabił Supermana? Oczywiście nie chodzi dosłownie o superbohatera z kart komiksu, a o jedno ...
Filmweb sp. z o.o.
W największym uproszczeniu i skrócie fabułę filmu Allena Coultera można podsumować jednym pytaniem: kto zabił Supermana? Oczywiście nie chodzi dosłownie o superbohatera z kart komiksu, a o jedno z jego ekranowych wcieleń. George Reeves zyskał ogromną popularność w latach 50-tych, odtwarzając jedną z największych ikon amerykańskiej popkultury w bijącym rekordy oglądalności serialu telewizyjnym "Adventures of Superman". Jego tajemnicza śmierć, której okoliczności do dziś pozostają nie do końca wyjaśnione, była szokiem dla opinii publicznej i wywołała wiele spekulacji oraz pogłosek na temat prawdziwej przyczyny zejścia bożyszcza srebrnego ekranu.

Te pogłoski właśnie i rozmaite możliwe wersje wydarzeń stały się pożywką dla scenariusza "Hollywoodland", który w zgrabny sposób łączy w sobie opowieść opartą na faktach z fikcją podaną w sosie rodem z czarnego kryminału. Akcja rozgrywa się tu na dwóch płaszczyznach. Najpierw poznajemy niejakiego Louisa Simo (Adrien Brody), prywatnego detektywa, który na zlecenie matki Reevesa prowadzi własne dochodzenie w sprawie jego tragicznej śmierci, oficjalnie uznanej za samobójstwo. Jest koniec lat 50-tych, Los Angeles to miasto, w którym blichtr showbiznesu bezustannie miesza się z ciemnymi sprawkami prominentów z Fabryki Snów. To, co z początku było tylko kolejną szansą zarobku, z czasem staje się dla osamotnionego w swym uporze Simo sprawą honoru. Jest jeszcze druga, równoległa historia, która w formie retrospekcji ukazuje drogę do sławy Reevesa (Ben Affleck). Zgłębia się tu jego poplątane życie prywatne, romanse, wzloty, upadki oraz niespełnione ambicje. Gwiazdor, który regularnie gościł przyodziany w pelerynę Człowieka ze stali w tysiącach amerykańskich domów, ukazany został nie tyle jako postać przytłoczona przez nagłą sławę, co raczej nie potrafiąca pogodzić się z miejscem wyznaczonym mu w zdradliwym świecie hollywoodzkiego królestwa rozrywki. Zamiast poważnych ról i statusu prawdziwej gwiazdy na miarę Clarka Gable, szary trykot i odsiadka w telewizyjnej poczekalni.

Przyznam, że "Hollywoodland" zaskoczył mnie pozytywnie, i to pod wieloma aspektami. Przede wszystkim wraca się tu do złotego okresu w historii kina i bierze za roztrząsanie podejrzanych jej rozdziałów. W dodatku przyjęta konwencja jak najbardziej miłą memu sercu. Obraz Coultera nie jest co prawda od początku do końca chandlerowską opowiastką o zbrodni i jej samotnym pogromcy, ale nawiązania są tu jawne i całkiem zgrabne. Twórcy nie wskazują jednoznacznie winnego, co byłoby zresztą trudne do wykonania. Stąd też kryminalna zagadka jest tu po części lekką podpuchą, skoro nie możemy liczyć na jej rozwiązanie. Bardziej liczy się analiza dostępnych faktów, spekulacje, rzucanie tropami.

Pozytywnie prezentuje się także gra aktorska, co dla mnie przed seansem wcale nie było tak oczywiste. Brody to co prawda człek z Oscarem w garści, ale jego gra jest dość nierówna, by nie rzec, bo często tak bywa, mdła. Tutaj jednak radzi sobie nad wyraz dobrze, ja przynajmniej byłem w stanie uwierzyć w jego nieco idealistycznego, odrobinę próżnego detektywa z problemami osobistymi. Jeszcze większym zaskoczeniem jest Affleck - jak się okazuje do ról zblazowanych przystojniaków za wszelką cenę dążących do kariery sprawdza się naprawdę nieźle. Mogło to zabrzmieć dosyć cierpko, ale mówiąc tak już całkiem na poważnie, muszę przyznać, że jego Reeves nie tylko nie jest niczym kłoda drewna, ale posiada swoją osobowość i potrafi wzbudzić współczucie. Reszta obsady to już dalszy plan, ale warto wspomnieć jeszcze o przynajmniej dwóch osobach. Wcielający się w postać szefa studia MGM, wszechpotężnego Eddiego Mannixa Bob Hoskins umiejętnie bawi się swoją rolą, raz to będąc diaboliczną szychą, kiedy indziej zaś ukazując ludzkie oblicze. Jego żonę Toni odtwarza tu Diane Lane, w przekonujący sposób budując osobę świadomej przemijania swej urody i zagubionej w świecie grubych ryb kobiety, na której drodze stanie szukający pomocy w drodze na szczyty playboy.

Jest więc dzieło Coultera niegłupio skleconym powrotem do przeszłości, wcale nie tak zamierzchłej, jak mogłoby się wydawać. Znajdzie się tu miejsce na dekonstrukcję mitu, zakulisowy "dzień powszedni", rozprawę z mroczną stroną klarownie przejrzystego z wierzchu American Dream. "Hollywoodland" co prawda raczej przypomina zabawę w zgadywanki, jako że nie może pozwolić sobie na konkretne odpowiedzi, ale bynajmniej to nie przeszkadza w tym wypadku. Przede wszystkim jednak jest to sprawnie zrealizowane kino rozrywkowe, które wciąga, czasem intryguje i, pomimo nie tak znowu krótkiego czasu trwania seansu, wystrzega się przynudzania.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (20 głosów).
Caligula
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)