Recenzja filmu Amityville (2005)
Andrew Douglas

Lśnienie

"Amityville" to obok "Koszmaru z ulicy Wiązów", "Piątku trzynastego" i "Dzieci kukurydzy" jedna z najpopularniejszych serii horrorów ostatnich lat, która mimo z reguły niepochlebnych recenzji ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Amityville (2005)
"Amityville" to obok "Koszmaru z ulicy Wiązów", "Piątku trzynastego" i "Dzieci kukurydzy" jedna z najpopularniejszych serii horrorów ostatnich lat, która mimo z reguły niepochlebnych recenzji doczekała się aż 8 części. Nic więc dziwnego, że w dzisiejszych czasach, kiedy w cenie są pomysły sprawdzone i wypróbowane, producenci postanowili nieco odświeżyć cykl, realizując remake oryginalnego "Amityville" z roku 1979.

Bohaterami filmu są członkowie rodziny Lutzów, którzy krótko postanawiają przenieść się na Long Island i zamieszkać w starym, okazałym domu. Posiadłość ma swoją mroczną tajemnicę. W 1974 roku Ronald DeFeo dopuścił się w nim okrutnej zbrodni, zabijając swoich rodziców i czworo rodzeństwa. Lutzowie jednak nie wydają się być tym zrażeni i decydują się na przeprowadzkę. 28 dni później uciekną przerażeni z domu, przekonani, że ich posiadłość została opętana przez demony.

"Amityville" jest obrazem na wskroś sztampowym i przewidywalnym. Nie zobaczymy w tym filmie nic, czego byśmy już wcześniej nie widzieli: są tu duchy, mroczna tajemnica, klątwa, krwawe zbrodnie, a każde pojawienie się demona poprzedza głośniejsza muzyka. Debiutującemu na dużym ekranie Andrew Douglasowi - cenionemu twórcy reklamówek, udało się jednak te zgrane wątki połączyć w jedną, spójną całość, która nie dość, że przeraża, to jeszcze wciąga i angażuje widza.

Klimat ten psuje się dopiero pod koniec, kiedy do historii zostaje wprowadzony czysto fantastyczny wątek pastora Ketchama, który sprawa, że do całej historii nabieramy sporego dystansu.

Nastrój grozy potęgują niezła muzyka Steve'a Jablonsky'ego oraz ciekawe zdjęcia Petera Lyonsa Collistera, który odwołując się do sprawdzonych trików operatorskich, sprawił, że na widok charakterystycznych okien domu na Long Island przechodzą nas dreszcze.

Film w dużej mierze opiera się na postaci George'a Lutza - człowieka najbardziej podatnego na wpływ ciemnych sił zamieszkujących dom przywodzącego na myśl Jacka Torrance'a z "Lśnienia" Stephena Kinga. W rolę tę wcielił się Ryan Reynolds, który tworząc wiarygodną i solidną kreację udowodnił wreszcie, że ma zadatki na dobrego aktora.

"Amityville" to kolejny po "Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną" horror, który wchodzi na ekrany z dopiskiem na plakacie "oparty na prawdziwych wydarzeniach". I podobnie jak w przypadku obrazu Marcusa Nispela zapowiedź ta mocno mija się z prawdą.

Scenariusz filmu inspirowany jest wydaną w 1977 roku dokumentalną książką Jayna Ansona "The Amityville Horror" opowiadającą o przerażających doświadczeniach Lutzów oraz starającą się wyjaśnić tajemnicę domu na Long Island. Opierając się na rozmowach ze świadkami, specjalistami oraz własnych badaniach, autor wysnuł hipotezę, że dom był nawiedzony i to duchy były odpowiedzialne za wszystkie tragiczne wydarzenia, które dotknęły rodziny Lutzów i DeFeo.

Powieść przez długi czas utrzymywała się na listach bestsellerów, jednakże krótko po jej publikacji w mediach ukazały się oskarżenia, że jest jedną wielką mistyfikacją. Dyskusja na ten temat trwa aż do dziś, jednakże wszystko wskazuje na to, że nadnaturalna teoria Ansona była faktycznie wymyślona.

Faktem jest, że w 1974 roku w domu dokonano potwornej zbrodni, jednakże mało kto wie, że jej sprawca - Ronald "Butch" DeFeo - miał poważne problemy z narkotykami i kontrolowaniem agresji, leczył się psychiatrycznie i przez długie lata pozostawał w konflikcie ze swoją rodziną. Faktem jest również, że Lutzowie spędzili w domu zaledwie 28 dni, po czym uciekli, zostawiając tam swoje rzeczy, jednakże ich wyjaśnienia budzą poważne podejrzenia, jeśli weźmiemy pod uwagę, że żadna rodzina przed nimi ani po nich (dom do dnia dzisiejszego jest zamieszkały) nie skarżyła się na jakiekolwiek "problemy" z duchami. W latach 1977-1987 mieszkała tam rodzina Cromartych, która po publikacji książki "The Amityville Horror" pozwała do sądu jej autora i Lutzów, oskarżając ich o naruszenie prywatności, jak również przeinaczanie faktów dla własnych korzyści. Sprawa skończyła się ugodą pomiędzy stronami, do dziś nie wiadomo jednak, na jakich warunkach ją zawarto.

Obecnym właścicielem posesji jest Brian Wilson, który kupił ją w 1997 roku za 310 tysięcy dolarów. Dom pozbawiony już charakterystycznych, półokrągłych, przywodzących na myśl oczy okien, został gruntownie wyremontowany i służy swoje właścicielowi, który uskarża się jedynie na tłumy spragnionych mocnych wrażeń turystów wystających bez przerwy pod jego płotem.
Wyssaną z palca jest również postać pastora Ketchama. Aczkolwiek w XVII wieku w okolicy mieszkało kilku Johnów Ketchamów to wnikliwe śledztwo udowodniło ponad wszelką wątpliwość, że żaden z nich nie był postacią opisaną przez Ansona.

"Amityville" to przyzwoita hollywoodzka produkcja, która choć nie zaskoczy nas niczym nowym ani oryginalnym, to jednak na pewno sprawi, że parę razy podskoczycie w fotelu. Jeśli kochacie horrory nie powinniście się rozczarować, jeśli "tylko" je lubicie, spokojnie możecie poczekać do premiery DVD.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (65 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)