Recenzja filmu Miś (1980)
Stanisław Bareja

Lewe oczko Misia - Rysia

Niewiele jest w historii polskiej kinematografii filmów, które większość widzów bez zastanowienia określiłaby mianem "kultowy". Jednym z nich jest "Miś" - film, który bez uszczerbku przetrwał ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Miś (1980)
Niewiele jest w historii polskiej kinematografii filmów, które większość widzów bez zastanowienia określiłaby mianem "kultowy". Jednym z nich jest "Miś" - film, który bez uszczerbku przetrwał próbę czasu, chociaż 20 lat temu krytycy byli innego zdania.

Zainteresowanie prasy towarzyszyło filmowi "Miś" już w momencie jego powstawania. W gazetach z 1980 r. znajdziemy informacje o kręceniu przez ekipę Stanisława Barei kolejnej komedii, podsumowania dotychczasowych dokonań Stanisława Tyma i innych twórców filmu, a nawet bezpośrednie reportaże z planu.
Reżyser Stanisław Bareja wtłoczony w kąt gabinetu kierownika produkcji wciąga brzuch i otrzymawszy sygnał od kierownika planu, że wszystko gra, krzyczy: "Uwaga, zaczynamy" - relacjonuje dla "Sztandaru Młodych" Jan Piasecki. Do gabinetu pana kierownika wpada starszy gość w kraciastej jesionce z bandżo w dłoni. Zaczyna grać i śpiewać "Jestem wesoły Romek". - "Zaraz Panie Romku" - protestuje reżyser Bareja. - "To jest play-back. Pan musi operować ustami tak, żeby na ekranie synchronizowały z nagraną piosenką." - "Panie reżyserze, nie słyszę piosenki" - skarży się naturszczyk. - "Panowie dźwiękowcy, co jest?". Dźwiękowcy wnoszą głośnik do gabinetu i chowają pod stołem. Teraz Pan Romek słyszy własne piosenki, lecz z emocji śpiewa szybciej niż taśma. Potem się zacina. W końcu się sprawdza. - "Kręcimy na ostro" - sugeruje reżyser.

Ekipa filmowa dwoiła się i troiła, by fragmenty scenariusza nie przeciekały na łamy gazet. Potem dowcipy z moich filmów spotykam nawet w "Trybunie Ludu" - żalił się Stanisław Bareja Tadeuszowi Sobolewskiemu z miesięcznika "Film". Jeżeli po filmie, to pół biedy; gorzej, gdy przed ukończeniem. Dlatego wolałbym, żeby nie było cytatów ze scenopisu. Dowcip musi być chroniony jak nazwisko.

Cenzura nie oszczędziła "Misia", podobnie jak to miało miejsce z większością polskich produkcji powstających przed 1981 r. W wywiadzie dla "Filmu" Bareja mówi: "Oto lista pokolaudacyjnych poprawek. 38 pozycji. Wycięcia i zmiany w obrazie, w dialogach. Nie mogło być np. zbliżenia polskiej szynki w londyńskim sklepie, choć to nie taka tajemnica, że eksportujemy mięso na Zachód. (...) Nie można było pokazać wiecujących filmowców (...). W sumie zmiany oznaczały usunięcie 700 metrów, czyli jednej czwartej filmu. Czuwano również nad właściwym kształtem scenariusza. Np. mój bohater nie mógł się nazywać Ryszard Nowohucki".

Ostatecznie Stanisław Tym zagrał rolę Ryszarda Ochódzkiego, a film przeleżał na półce prawie rok. Władza tuż po wydarzeniach sierpnia '80 okazała się łaskawsza dla filmowców, a i cenzura zaczęła przymykać oko na ekranowe aluzje do ówczesnej rzeczywistości. Zamiast nożyc cenzorskich do akcji wkroczyły cięte pióra dziennikarzy. Krytyka nie zostawiła na "Misiu" suchej nitki.

To, co ostatecznie oglądać nam przychodzi na ekranie, jest po prostu zwykłą brednią - pisał w "Gazecie Zachodniej" Zdzisław Beryt. No dobrze, brednią nadzianą kilkoma znośnymi black-outami oraz miniskeczami. Ale czy z tego powodu zakalcowata chała przestanie być chałą? Raczej wątpię. Tylko niektórzy krytycy kierowali pod adresem filmu nieco bardziej skonkretyzowane zarzuty. Według Tomasza Hellena z "Faktów": W filmie pojawia się zbyt wiele skeczy rodem z kabaretu. Taki jest wysilony skecz o tekściarzach piszących piosenkę o Trasie Łazienkowskiej, mało również uzasadniony jest, w tym akurat filmie, skecz o pułapce radarowej. W tym ostatnim niezłym pomysłem jest makieta domku jednorodzinnego, ale już rozmowa milicjanta z centralą jest długa, monotonna i niedowcipna. W skeczach tych zresztą dominuje tekst, humor słowny, a nie sytuacja, scena czy obraz. Pod tym względem najgorzej prezentują się dwie sekwencje sprzątaczek budowane na dość trywialnym przedstawieniu ubikacji i jedzenia.

Gwoli sprawiedliwości należy wspomnieć, że sam scenariusz i pomysł na intrygę budowaną wokół wyrwanych z paszportu kartek został dość ciepło przyjęty przez krytykę. Rozwijając fabułę, scenarzyści zademonstrowali jeden świetny pomysł oraz przypomnieli kilka ogranych w komediach sztuczek - ocenia dziennikarz "Faktów". Można im jednak je darować, bo sposób na zdobycie paszportu jest wręcz rewelacyjny - bardziej zawiłej, skomplikowanej i finezyjnej drogi wymarzyć sobie nie można. "Miś" bowiem nie jest w stanie niczego załatwić wprost, bo to nie zgadza się z jego filozofią życiową. O ile jednak w z pozoru niewinnej fabule dziennikarze nie byli w stanie dopatrzyć się niczego zdrożnego, to niezgodne z linią ideologiczną dowcipy nie mogły już umknąć uwadze czujnych redaktorów.

Perypetie przygłupa - prezesa klubu sportowego, pieszczotliwie zwanego Misiem - który cały swój intelekt i zasób podłości był w stanie zużyć w wyścigu do zagranicznego konta, które chce mu wyczyścić małżonka, odsłaniają sporo społecznych, rozszyfrowanych już mechanizmów - peroruje Renata Sas w "Dzienniku Łódzkim". Na trasie do londyńskiego banku wypadnie zajrzeć, jak przebiega akcja milicyjnej służby ruchu, czuwającej nad bezpieczeństwem, popatrzeć, jak też egzystuje minister (eks), któremu świetnie sprawdza się zasada poklepywania wszystkich po ramieniu i styl "równy chłop". Wreszcie, "odbrązowieniu" poddana zostaje twórcza męka filmowca, rodzącego głęboki myślowo film o ostatniej paróweczce jakiegoś hrabiego.

Po dwudziestu latach od daty powstania filmu widzowie cenią "Misia" głównie ze względu na pojedyncze, genialne sceny, z których dialogi zna się na pamięć i które same w sobie stanowią zamkniętą kompozycję. Łyżki na łańcuchach w obleśnym barze "Apis", kioskarka oferująca klientce wątróbkę jako "Poradnik Speleologiczny" czy trener Jarząbek śpiewający do szafy hymn pochwalny na cześć swojego prezesa - to wszystko sytuacje, które jakkolwiek niezbyt spójnie powiązane z fabułą, dają jednak obraz pewnej całości. Krytycy byli jednak innego zdania. Skecze zebrano razem bez ładu porządkującego, zamieniając "Misia" w rupieciarnię zdartych kawałów. Mozaika mozolnie układana rozsypuje się na wszystkie strony, przechodząc w galimatias kompletny - narzekał w "Panoramie" Jan F. Lewandowski. Są to jednakowoż dowcipy obiegowe i nieświeże, wywołujące zamiast śmiechu uczucie zażenowania. Jeszcze ostrzej potraktowała film Barei Zofia Jaremko z "Walki Młodych", pisząc: "Miś" jest taki, jakby się nim długo bawiło okrutne dziecko. Tu nóżka, tam główka, a i oczko szklane już dawno wydłubane leży gdzieś w kącie.

Nietypowe zakończenie filmu również nie zyskało uznania w oczach oceniających "Misia" dziennikarzy. Ni stąd, ni zowąd pojawia się wystylizowana na szopkową Matkę Boską pani Ewa Bem i śpiewa, ładnie i rzewnie - pisze Zdzisław Beryt w "Gazecie Zachodniej". Potem ktoś wąsaty coś tam nawija o tradycji. Bardzo serio i z zadęciem. Publiczność pokłada się od śmiechu. Chyba jednak niezamierzonego przez znakomity duet Tym - Bareja.

Zastanawiające jest, jak opinie dziennikarzy mogą zależeć od otaczającej rzeczywistości i jak współczesne recenzje "Misia" mogą różnić się od tych sprzed 20 lat. Bożena Janicka w miesięczniku "Film" z 1997 r. pisze o tak krytykowanej przez Zdzisława Beryta ostatniej scenie: Bez tego zakończenia film byłby zbiorem odważnych skeczów o PRL-u, odważnych, ostrych, dotykających istoty rzeczy - lecz jednak. Dzieciątko, szopka, kolęda, końcowe słowa wygłoszone wprost do widza przenoszą całość na inną płaszczyznę. Już nie tylko czarna drwina, lecz wołanie o zmianę; w imię czegoś, co nie umarło, żyje, czeka.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 66% uznało tę recenzję za pomocną (32 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie