Recenzja filmu Alicja w Krainie Czarów (2010)
Tim Burton
Wojciech Paszkowski

Logiczna Alicja

Ekranizowanie genialnych książek jest zawsze ryzykowne.  Zazwyczaj reżyserzy tworzą  albo wierną kopię książki, albo wersję gorszą. Istnieją oczywiście wyjątki (m.in. "Niebezpieczne związki" ...
Filmweb sp. z o.o.
Ekranizowanie genialnych książek jest zawsze ryzykowne.  Zazwyczaj reżyserzy tworzą  albo wierną kopię książki, albo wersję gorszą. Istnieją oczywiście wyjątki (m.in. "Niebezpieczne związki" Stephena Frearsa, "Wojna i pokój" Siergieja Bondarczuka czy polskie "Noce i dnie" Jerzego Antczaka), które stały się osobnymi dziełami, ale niestety, potwierdzają one tylko wyżej wymienioną regułę.

"Alicja w krainie czarów" i jej druga część "Alicja po drugiej stronie lustra" należą bezsprzecznie do klasyki literatury i są uznawane za genialne.  Pierwsza część była ekranizowana wielokrotnie, druga nie cieszyła się aż takim powodzeniem. Twórcy filmowi jednak zawsze traktują tę historię nie jako zamkniętą całość, ale jako punkt wyjściowy. Albo wycinają całe sekwencje, albo do pierwszej części wkładają sceny z tej drugiej, lub całość przedstawiają jako musical, dołączając piosenki z tekstami, których nie napisał L. Carroll. Wytwórnia Disneya, we współpracy ze scenarzystką Lindą Woolverton oraz reżyserem Timem Burtonem, poszła o krok dalej i nakręciła film, który z obiema książkami niestety niewiele ma wspólnego.

Alicja (Mia Wasikowska) jest już prawie dorosła. Na własnym  przyjęciu zaręczynowym, którego zresztą się nie spodziewała, zauważa Białego Królika (Michael Sheen). Biegnie za nim, wpada do króliczej nory i znajduje się w Krainie Czarów. Drugi raz, jak się okazuje, bo wcześniej była tam jako mała dziewczynka. Wszystkie postacie czekają na nią, gdyż Kraina Czarów, przez rządy Czerwonej Królowej, zmieniła się w krainę horroru, a prastare proroctwo mówi, że tylko dziewczynka imieniem Alicja (i to musi być właśnie TA Alicja, która już raz tu była) jest jedyną osobą, która może przywrócić tu upragnione szczęście.

Niestety Tim Burton, tworząc opowieść o Alicji "na nowo", pozbawił ją jej największego atutu - absurdu. W literackim pierwowzorze absurd jest wszechobecny, a wynika przede wszystkim z zadziwiającego toru myślenia nowo poznanych istot, niezgodnego z ludzkim myśleniem Alicji. W filmie wytwórni Disney‘a natomiast wszystko jest aż nadto logiczne. Okrucieństwo Królowej Kier  (Helena Bonham Carter) jest nie tylko realne, ale i wytłumaczone: podczas kiedy Królowa Kier u Lewisa Carrolla ma władzę urojoną (nikt skazany nie zostaje nigdy przez nią ścięty – bo wszyscy są zaraz potem ułaskawiani), w filmie Królowa zabija poddanych naprawdę, a jej niezwykle podły charakter  jest wynikiem guza uciskającego jej mózg!  Biała Królowa (Anne Hathaway) nie jest znerwicowaną histeryczką posiadającą niezwykłą umiejętność pamiętania rzeczy, które jeszcze się nie zdarzyły, ale postacią zwykłej, dobrej i nieszczęśliwej arystokratki. Szalony Kapelusznik (Johnny Depp) nie jest wcale szalony, przerażony i bezczelnie sarkastyczny – tu jest kimś, kto tylko wariata udaje, aby pod tą przykrywką walczyć w sprawie uciśnionych. Burton idzie dalej i z epizodycznych książkowych postaci robi postacie znaczące (Walet Kier grany przez Crispina Glovera), lub zamienia je na inne (ciągle śpiący Suseł zostaje tu zastąpiony waleczną Myszą), pozbawia ich wszystkich charakterystycznych zachowań, zabaw słowami i irracjonalnych myśli.

Zlikwidowanie absurdu i sprawienie, że każda wypowiedź i zachowanie postaci z Krainy Czarów jest logiczne, odbiera owym postaciom wyrazistość (może poza Czerwoną Królową).  Aktorzy grają dobrze, niestety nie mają materiału aby swoje postacie ożywić. Najtrudniejsze zadanie Tim Burton postawił przez młodziutką Mią Wasikowską, ponieważ zabrał jej niewinność dziecka i pozbawił partnerów, więc Mia, zamiast grać Alicję, musi wcielać się w  bajkową wersję Joanny D'arc, co niestety nie jest zbyt ciekawe.

Nie pomagają efekty specjalne, stworzenie pięknej i zarazem przerażającej scenografii Krainy Czarów (Robert Stromberg), baśniowe kostiumy wykonane przez Colleen Atwood, ani  niezła muzyka  skomponowana przez Danny'ego Elfmana. Dzięki zdjęciom Dariusza Wolskiego film jest wizualnie przepiękny, ale historia jest nieciekawa, a zakończenie przewidywalne od początku. Można uznać ten film za średnio udaną bajkę dla dzieci. Zastanawia tylko fakt, jakim prawem nosi on tytuł "Alicja w Krainie Czarów", skoro z "Alicją w Krainie Czarów" nie ma nic wspólnego.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 74% uznało tę recenzję za pomocną (84 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)