Recenzja filmu Terminal (2004)
Steven Spielberg
Marek Robaczewski

Lotniskowa opowieść made in USA

Pomysł na ten film był na pewno bardzo ciekawy: bohater, Victor, pochodzący z wymyślonej Krakhozji z powodu wybuchu wojny domowej i zmiany grupy trzymającej władzę, staje się człowiekiem ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Terminal (2004)
Pomysł na ten film był na pewno bardzo ciekawy: bohater, Victor, pochodzący z wymyślonej Krakhozji z powodu wybuchu wojny domowej i zmiany grupy trzymającej władzę, staje się człowiekiem uwięzionym na lotnisku. A dlaczego? Ponieważ rząd amerykański nie podjął decyzji o nawiązaniu stosunków dyplomatycznych z tymi, którzy po przewrocie zaczęli rządzić Krakhozją.

Pomysł ten, jak już nadmieniłam, jest według mnie bardzo interesujący i stwarza dla scenarzystów mnóstwo możliwości. Jak zachowa się ktoś, komu odmówiono prawa do wyjścia poza teren lotniska? Czy załamie się, zacznie wariować czy też będzie cierpliwie czekał na rozwój sytuacji? Jak rozwiąże problem noclegu, zdobywania pożywienia i zorganizowania sobie ogromnej ilości wolnego czasu, którym dysponuje?

Wiadomo, iż film Spielberga to komedia, a więc nie można się było po nim spodziewać jakiegoś przesadnego dramatyzmu. I rzeczywiście: po obejrzeniu wiadomości i zorientowaniu się, co się dzieje w jego kraju, Victor najpierw płacze i rozpacza, nie trwa to jednak długo. Nie traci pogody ducha, mimo że w Ameryce, a dokładniej w nowojorskim lotnisku Kennedy'ego, czekają na niego same problemy (jak brak znajomości języka angielskiego czy utrata "kartek na posiłki") oraz cała gromada ludzi pragnąca rzucać mu ustawicznie kłody pod nogi. Należy do nich nowo mianowany szef lotniska, który nie rozumie, iż Victor to biedna zabłąkana, a na dodatek niewinna owieczka wydana na pastwę luk prawnych w amerykańskim kodeksie. Traktuje go więc jako własny dopust boży, zamiast naprawdę zadziałać w tej sprawie.

A co robi Victor? Powoli, bo powoli, ale aklimatyzuje się w tej narzuconej mu rzeczywistości i społeczności. Znajduje przyjaciół, a nawet podejmuje pracę... i to w swoim zawodzie. Szczęściarz jeden! Ponadto poznaje zabójczo piękną stewardessę, Amelię, z która niby to mu się zaczyna układać, ale nie do końca...

Co więcej? Ano jest jeszcze tajemnicza puszka na orzeszki, w której znajduje się... powód jego przyjazdu do Ameryki, który szczerze mówiąc mnie bardzo rozczarował, bo okazał się jeszcze mniej realny niż cała sytuacja, w której znalazł się główny bohater.

Muszę oczywiście pochwalić zdjęcia oraz muzykę, ale nikogo chyba nie dziwi ich jakość, skoro zobaczymy, kim byli ludzie za nie opowiedziani (zresztą "etatowi" współpracownicy Spielberga).

Jednak gdy wychodziłam z kina... czułam pewien niedosyt. Niby historia ciekawa, w pewnych momentach śmieszna, gdzie indziej (miała być zapewne) wzruszająca... Ale... No właśnie to "ale". Może jestem wybredna, może należę już do widzów rozpieszczonych kunsztem niektórych filmowych twórców i oczekuję od nich zawsze kina na wysokim poziomie. Jednym z takich twórców jest niewątpliwie Spielberg. Ton film zaś nie był raczej na zbyt wysokim poziomie... Nie wiem co się tym razem Stevenowi stało... Może, nie daj Boże, i on się już starzeje?

Według mnie autorzy filmu nie mogli się trochę zdecydować, czy zaserwować nam komedię, tragedię czy dramat i ostatecznie wyszedł im taki dziwny kolaż. Poza tym sama historia, choć - jak nadmieniłam - oparta na świetnym pomyśle, z minuty na minutę staje się mniej wiarygodna. Bądźmy szczerzy: czy i my w takiej sytuacji zachowalibyśmy przez 9 miesięcy zimną krew, by spokojnie czekać na to, co łaskawi panowie urzędnicy zdecydują w naszej sprawie? Nie sądzę... Po tak długim czasie nie moglibyśmy się chyba powstrzymać od walenia głową w ścianę lub zaczęłyby nam przychodzić do głowy takie pomysły, jak na przykład włączenie do całej sprawy mediów. Dzięki ich ingerencji nasz biedny Victor na pewno mógłby wypełnić swoją misję, wymagającą przecież jedynie krótkiej wizyty w mieście, a następnie spokojnie wrócić na lotnisko, czy w jakiekolwiek inne miejsce wskazane mu przez władze. Dziwi mnie też fakt, iż przez ten cały okres czasu żaden paparazzi nie nadział się na Victora i jego historię, proszącą przecież o to, by zostać wywleczoną na światło dzienne. A wtedy... władze musiałyby się chyba na coś zdecydować, bo nie wierzę, by nadal chciały narażać się opinii publicznej i więzić człowieka na lotnisku...

Wydaje mi się, iż scenarzyści popadli tu w pewną pułapkę... z winy charakteru stworzonej przez nich postaci Victora. Jest on tak rozbrajająco niewinny, dziecinny, naiwny, dobroduszny... Że jest to aż nierealne. Po prostu takich chodzących ideałów nie ma wśród nas. Próbowano tu pokazać jak z jakiegoś fikcyjnego kraju przybył anioł wcielony, mający przy okazji swojej misji dopomóc biednym Amerykanom zrozumieć, jakim można być dobrym i szlachetnym, bo przecież w głębi serca każdy z nich taki właśnie jest (no może poza paroma niereformowalnymi wyjątkami...). Jak dla mnie jest to wszystko trochę za bardzo mdłe.

Próbowano tu poruszyć wiele problemów: bezduszność biurokracji i urzędników państwowych, luki prawne, problem emigrantów szukających w Ameryce pracy i drugiej ojczyzny, lotniskowego romansu... I mam wrażenie, że trochę przedobrzono. Tak naprawdę dowiedziałam się mało o przedstawionych postaciach, no może z wyjątkiem Victora, którego Tom Hanks - temu nie przeczę - zagrał bardzo dobrze. Po prostu mam może dość takich wrażliwych i miękkich facetów. Już wolę jak Bruce Willis lata po mieście ze spluwą, ratując przed nieuchronną zagładą kogo popadnie...

Film polecam, ale jedynie na długie, zimowe wieczory, kiedy zmęczeni po całym dniu spędzonym w pracy lub szkole wrócimy do domu, przygotujemy sobie kolację i z kubkiem ciepłej herbaty w ręku, niezdolni już do żadnego większego wysiłku umysłowego, będziemy chcieli popatrzeć na kogoś, kto ma w życiu gorzej od nas...
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 58% uznało tę recenzję za pomocną (19 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie
o