Recenzja filmu Czarne złoto (2011)
Jean-Jacques Annaud

Mędrcy ze Wschodu

Annaud opowiada o Półwyspie Arabskim w tonie europejskiego dobrego wujka – z poczuciem wyższości, protekcjonalnością i zamiłowaniem do stereotypów.
Filmweb sp. z o.o.
Jean-Jacques Annaud nie miał ostatnio dobrej passy. Od czasu "Wroga u bram", a więc od jedenastu lat nie stworzył filmu, który przyciągnąłby uwagę szerszej publiczności i przychylność krytyków. W "Dwóch braciach" wchodził w buty speca od familijnej rozrywki, tworząc pastelową opowiastkę dla młodych widzów, a w komedii fantasy, "Minorrr" ani nie bawił, ani nie poruszał. Po latach posuchy postanowił więc sięgnąć do tematyki, która na początku kariery zapewniła mu niespodziewanego Oscara i uznanie branży.

Tak jak w "Białe i czarne w kolorze" również w "Czarnym złocie" Annaud opowiada o militarnym starciu między Zachodem i Wschodem oraz  zderzeniu tradycji i nowoczesności. Ale jego najnowszy film nie ma w sobie ani krztyny ironii, która czyniła "Białe i czarne…" pyszną filmową ucztą, ani też intelektualnej wagi tamtego obrazu. Ma za to rozmach i widowiskowość. Nie o to wprawdzie chodziło autorowi "Imienia róży", ale lepsze to niż naiwny esej, który próbuje nam rozpisywać.

Jesteśmy na progu XX stulecia, a Półwysep Arabski podzielony jest między zwaśnione plemiona. Wśród skłóconych przywódców najbardziej żarliwi w prowadzeniu sporów są emir Nesib (Antonio Banderas) i sułtan Amar (Mark Strong), którzy przez wiele lat toczyli wyniszczającą wojnę. Toczyli, bo oto zmęczeni ciągłym konfliktem podpisują pokój, na mocy którego oddzielający ich królestwa teren zwany "Żółtym Pasem" pozostanie ziemią niczyją, a dwaj synowie Amara w ramach zabezpieczenia umowy trafią na wychowanie do domu Nesiba. Lata mijają, synowie przeradzają się w krewkich i kochliwych młodzieniaszków. I tak żyliby sobie w spokoju, gdyby nie zachodnia cywilizacja. Kiedy amerykańscy lotnicy lądują na Żółtym Pasie i informują Nesiba o ukrytych pod nim złożach ropy, rozlew krwi wydaje się nieunikniony. 

"Czy jest większe przekleństwo niż być biednym królem?" – pyta siebie emir grany przez Antonio Banderasa, dodając, że Arab to kelner na bankiecie świata. Francuski reżyser spieszy mu z odpowiedzią: istnieje przekleństwo większe – bogactwo, które każe wyrzec się własnej tradycji i kultury, sprowadzając do sielskiego świata agresję i zło.

Annaud opowiada o Półwyspie Arabskim w tonie europejskiego dobrego wujka – z poczuciem wyższości, protekcjonalnością i zamiłowaniem do stereotypów. Portretując świat arabski, dokonuje uproszczeń – pokazuje kulturę prymitywnych ludzi, których człowiek Zachodu cywilizacyjnie rozwija, ale moralnie upadla.  Reżyser "Wroga u bram" sięga przy tym po archetypiczne wręcz postaci i sprawdzone narracyjne schematy – znajdziemy tu ślady "Romea i Julii" i bajkową opowieść  o dobrym królu i jego złym przeciwniku gotowym za petrodolary przehandlować Koran.

Co gorsze, Francuz próbuje tę opowieść sprzedać jako metaforę współczesności, a jego film jest zawoalowanym głosem na temat wprowadzania demokracji w Azji Środkowej i paru innych regionach świata. Jako publicystyczny komentarz jego film wypada jednak mizernie, jest zbyt dosłowny i banalny, by powiedzieć coś ważnego na temat dzisiejszego świata. I choć Annaud stara się skupiać naszą uwagę na politycznych wątkach, nie zaś na prostej przygodowo-miłosnej intrydze, to właśnie ta ostatnia ratuje film Francuza. O ile bowiem Annaud-eseista okazuje się nudziarzem, o tyle wciąż jest to sprawny reżyser, a przygodowo-militarystyczne sekwencje mają odpowiednie tempo i rytm.

Polskie wydanie DVD jest – jak wskazuje przymiotnik – polskie, a więc skromne i pozbawione dodatkowych materiałów. Jedno, co w nim dobre, to wysokiej jakości obraz w formacie 16:9, w którym efektowne pejzaże filmowane przez Jean-Marie Dreujou wyglądają naprawdę imponująco.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 71% uznało tę recenzję za pomocną (24 głosy).
o