Recenzja filmu Boyhood (2014)
Richard Linklater

Młodość, jak to warto uwiecznić.

Nasze życie okazuje się zwyczajne, oparte na codziennych wzlotach i upadkach, dalekie od spektakularności czy blichtru, którym żywią się współczesne media. Jak zatem opowiedzieć historię młodych ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Boyhood (2014)
Wspomnienia z młodych lat kojarzą się zwykle z chwilami przepełnionymi emocjonalnymi uniesieniami lub traumami – pierwszy dzień szkoły i towarzyszący mu stres, pierwsze zabawki wzbudzające podziw wśród rówieśników z piaskownicy, rodzinne dramaty odbijające się szerokim echem w młodzieńczej świadomości. Większość z nas podczas grzebania w przeszłości zwykle natrafia na kolaż zdjęć lub scen ułożonych niechronologicznie, bez ładu i składu, ale zazwyczaj wiążących się z głębokimi przeżyciami, zupełnie tak jak bohater filmu „Wszyscy twoi święci” w reżyserii Dito Montiela, który wraca wspomnieniami do swoich nastoletnich lat.
W czasie dorastania okazuje się, że nie staliśmy się nikim sławnym, nie uratowaliśmy świata przed zagładą, nie dostaliśmy nagrody Nobla ani nie jesteśmy dzieckiem sławnej pary morderców. Nasze życie okazuje się zwyczajne, oparte na codziennych wzlotach i upadkach, dalekie od spektakularności czy blichtru, którym żywią się współczesne media. Jak zatem opowiedzieć historię młodych lat nie banalizując jej istotnych elementów, a jednocześnie gloryfikując jej prostotę? Z pewnością reżyser Richard Linklater swoim filmem „Boyhood” daje na to receptę.
photo.title
Karkołomna praca twórcy stanowi wyczyn z pogranicza odwagi i szaleństwa. Wyłoniony spośród wielu młodych ludzi Ellar Coltrane wcielił się w rolę Masona w „Boyhood” mając zaledwie 6 lat i jako rasowy naturszczyk bez żadnego filmowego doświadczenia odgrywał swoją rolę przez kolejne 12 lat. 2000 rok, pierwszy klaps pierwsza scena i widzimy młodzieńca wpatrzonego w chmury – rozmarzonego, zrelaksowanego, bujającego w obłokach. W tamtych czasach Internet dopiero raczkował, zaś często słyszane przez rodziców zdanie „idź się pobaw” nie oznaczało siedzenia przed ekranem, a raczej podwórkowe harce. Matkę Masona odgrywa Patricia Arquette, zaś w rolę ojca rozwodnika wcielił się Ethan Hawke, dobrze znany z innych filmów Linklatera. Siostrę Masona – Samanthę –  zagrała prawdziwa córka reżysera Lorelei, która również zaczęła przygodę z filmem w wieku 6 lat. Wszyscy spotykali się na planie raz do roku i przez miesiąc kręcili zdjęcia. Niewielu jest reżyserów, którzy wykazali się taką cierpliwością, dlatego też zabieg zastosowany przez reżysera, choć nie jest nowatorskim wyczynem, to jednak w kinie należy do rzadkości.
photo.title
Z przykładów poprzedzających dzieło „Boyhood” można wymienić np. serię dokudramatów „7 up” autorstwa Michaela Apteda, który co siedem lat kręcił codzienność tych samych ludzi oraz „Rok Franka WKazimierza Karabasza, który przez okrągły rok towarzyszył z kamerą wiejskiemu chłopakowi z Ochotniczego Hufca Pracy. W 2003 roku Jonathan Caouette zachwycił świat swoim debiutem dokumentalnym „Tarnation”, w którym prezentował 19 lat swojego życia u boku schizofrenicznej matki, korzystając z całej gamy źródeł informacji – zdjęć, pamiętników czy nagrań video. Reżyser wykorzystał wszelkie materiały zastane i tworzone na bieżąco, ale w przeciwieństwie do twórcy „Boyhooda” mógł przewidzieć narracyjny tok swojej historii. Linklater zaś porwał się na realizację pomysłu szalonego, ponieważ nie miał szans przewidzieć tego, jak rozwinie się jego bohater, na jakiego wyrośnie człowieka i czy w ogóle uda mu się skończyć film. Jak sam twierdzi w wywiadach, w głowie miał tylko ostatnią scenę, której pomysł powstał podczas drugiego roku kręcenia zdjęć, zaś cała reszta była koncepcyjną niewiadomą, rozwijającą się w trakcie powstawania „Boyhood”. Dlaczego zatem nie zaryzykował nakręcenia filmu o dojrzewaniu w ciągu roku, korzystając z nowinek technologicznych, charakteryzacji, scenografii i montażu? Reżyser twierdzi, że chciał ująć okres dojrzewania jako pewną całość, nie zaś tylko jego fragmenty – jego celem było ukazanie naturalnego procesu dorastania, nagłych zmian, kreowania się samoświadomości i nowych opinii, zalążek kwestionowania zastanej rzeczywistości czy uwydatnienie różnic pomiędzy ludźmi będącymi w związku. Jakkolwiek górnolotnie brzmią te założenia, trzeba przyznać, że reżyser wyszedł z tego przedsięwzięcia  obronną ręką.
Podglądając młodego Masona w okresie dorastania i adolescencji trudno jest nie „wejść w historię” od samego początku. Pieczołowicie budowana relacja pomiędzy młodziutkim aktorem a grającą jego matkę Patricią Arquette doskonale przełożyła się na naturalność i szczerość relacji rodzica z synem. Dojrzewająca wraz z dorastającym Ellarem więź rewelacyjnie daje się odczuć na ekranie, szczególnie wtedy, gdy bohater jest świadkiem kolejnych nieudanych związków matki z przypadkowo poznanymi mężczyznami. To samo tyczy się Ethana Hawke’a, który jako rozwiedziony ojciec Masona ma kontakt z synem ograniczony do weekendowych wizyt, co wcale nie przeszkadza mu budować naturalnej więzi z młodym bohaterem podczas nowych zabaw, wycieczek do lasu czy udzielania ojcowskich rad, jak radzić sobie z dziewczynami. O ile doświadczeni aktorzy świetnie wczuli się w role, które na przestrzeni dwunastu lat coraz bardziej rozwijają, to daje się wyczuć pewną wstrzemięźliwość w aktorskiej śmiałości dorastającego Ellara oraz jego ekranowej siostry odgrywanej przez Lorelei. Nie da się ukryć, iż młodzieńcze lata nieskalane świadomością powagi sytuacji były dla Masona i Samanthy zabawą, w którą świetnie się wczuli. Odgrywali oni swoje role naturalnie, jednak po latach udaje się wyczuć w osobie Lorelei zdawkowy wstyd. Ellar miał szansę epizodycznie załapać się do innych produkcji, przy których rozwijał swoje atuty naturszczyka, co pozytywnie przełożyło się na odgrywaną postać Masona.
photo.title
Po seansie odniosłem wrażenie, że film przypadnie najbardziej do gustu widzom w przedziale wiekowym 25-35 lat, którzy z łatwością będą w stanie zidentyfikować się z bohaterem i okresem, w jakim dorastał. Czasy, kiedy w radiu rządziła Britney Spears z przebojem „Oops I did it again”, kasety magnetofonowe przewijało się ołówkiem, robiło się z kolegami bazy na drzewach, w szkole przejawem lansu było nowe tamagotchi, a luksusowym prezentem na komunię rower, potrafią wzbudzić w człowieku ogromne poczucie sentymentu i tęsknoty za dzieciństwem. Partnerując dorastającemu Masonowi, począwszy od 2000 roku, oglądamy zmieniający się wokoło świat, wchodzące do obiegu nowinki technologiczne, powstawanie nowych kultur młodzieżowych, różnorakie fryzury i stroje, pierwsze lekkie narkotyki oraz pierwszą dziewczynę Masona, a pod koniec filmu usłyszymy nawet kąśliwy komentarz o Facebooku.
Całość nie tylko utrzymana jest w tonie hołdującym pięknym czasom bez wszędobylskiego Internetu, ale od pierwszej sceny odczuwa się także lekkość narracyjną, z jaką Linklater wciąga widza w wykreowany świat. Sporo tu humoru sytuacyjnego, idealnie trafiającego w wyszukane gusta publiczności, która odrzuca sprośne i płytkie żarty wypełniające współczesne komedie. Postaci odkrywają się przed widzem w coraz to nowych sytuacjach życia codziennego pozbawionych tanich fajerwerków, za to świetnie balansujących na granicy inteligentnego humoru i dramatu rodzinnego. Film, tak jak i życie, składa się z obyczajowych momentów, nieraz przepełnionych goryczą, innym razem dających wytchnienie i możliwość cieszenia się drobnostkami. Pomimo iż „Boyhood” nie jest uniwersalnym odzwierciedleniem magicznego okresu dojrzewania, to rewelacyjnie podkreśla wartość chwil, które na starość definiują każdego z nas.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 64% uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie
o