Recenzja filmu To przychodzi po zmroku (2017)
Trey Edward Shults

Mała apokalipsa

Film Shultsa to przede wszystkim rewelacyjna opowieść o instynktownym przesuwaniu priorytetów w obliczu zagrożenia oraz cienkiej granicy oddzielającej kulturę od natury. 
Filmweb sp. z o.o.
  Nie potrzeba anachronicznych plansz informacyjnych, pasusów z "Księgi Objawienia", ani nawet efektownych scen upadku całej cywilizacji. O charakterze i rozmiarach zagłady z filmu Treya Edwarda Shultsa dowiadujemy się już z wyciszonego prologu, w którym Paul (Joel Edgerton) zmuszony jest skrócić cierpienie umierającego teścia. Wraz ze zrozpaczonym wnukiem wywozi mężczyznę na taczce do lasu, pakuje mu kulkę między oczy, a następnie pali jego zwłoki. Tradycyjny pochówek to luksus, na który nie stać zdziesiątkowaną przez śmiercionośny wirus ludzkość, zaś Paul nie cofnie się przed niczym, by ochronić swoją rodzinę. Dość powiedzieć, że szalejąca pandemia będzie dla niego ostatecznym sprawdzianem z empatii i moralności. 


 Chociaż "To przychodzi po zmroku" reklamowany jest jako horror, to o palpitacje serca może przyprawić głównie tych, którzy mają alergię na ascetyczną formę oraz narracyjny minimalizm. Mówimy raczej o nakręconym przy oszczędnym oświetleniu połączeniu thrillera i kameralnej psychodramy niż o tradycyjnym straszaku. Z jednej strony mamy więc wątek nieuchwytnego zagrożenia, które powoli rzuca cień na umęczonych homo sapiens i wyciąga na wierzch ich zwierzęce instynkty. Z drugiej, historię erozji nadwątlonych rodzinnych więzi, rozpisaną na mało efektowne sceny rozmów po obiedzie, nauk przy rąbaniu drwa, albo wspominek podczas bezsennych nocy. Mniejsza jednak o gatunkową nomenklaturę. Film Shultsa to przede wszystkim rewelacyjna opowieść o instynktownym przesuwaniu priorytetów w obliczu zagrożenia oraz cienkiej granicy oddzielającej kulturę od natury. 

 
 Na papierze brzmi to wszystko jak banał, wiadomo. Nie zapominajmy jednak, że po ekranie ganiają uzbrojone bandy maruderów, a okalający niewielką leśną enklawę świat jest najprawdopodobniej areną dantejskich scen. Reżyser doskonale zarysowuje ten kontekst i z wykorzystaniem minimalnej ilości informacji osadza widzów w ekranowej rzeczywistości. Sednem pozostaje dla niego dynamika relacji pomiędzy Paulem, jego żoną Sarą (Carmen Ejogo), dorastającym synem Travisem (Kelvin Harrison Jr.) oraz trójką niespodziewanych gości, których bohaterowie - z czysto utylitarnych powodów - wpuszczają pod swój dach. Travis, mówiąc delikatnie, nie dorasta w rytmie rock n rolla, zaś takie rzeczy jak marzenia, ambicje, czy potrzeby (również te seksualne) musi odłożyć na wieczność. Sara dogląda w spokoju domowego ogniska, ale kiedy zachodzi potrzeba, okazuje chłód i wyrachowanie godne Lady Makbet. Patriarcha tymczasem miota się pomiędzy tymi wszystkimi sprzecznymi interesami i pragnieniami, zmaga z zazdrością wobec przybysza Willa (Christopher Abbot), który szybko staje się dla jego syna zapasowym ojcem. Wszyscy są doskonale napisani, zagrani bez pudła i perfekcyjnie wpisują się w narrację z cyklu "przychodzi facet na horror, a tam Roman Gutek". 

 

 Shults zna gatunkowy kod. Potrafi podkręcać napięcie, wie również, czego się boimy, a na co zareagujemy kwaśnym uśmiechem. Tyle że w jego elegancko sfilmowanym i zmontowanym z zegarmistrzowską precyzją filmie niepokój ma raczej podłoże egzystencjalne, wynika ze znajomości struktur społecznych zbudowanych na wzór wilczego stada. Są w filmie wizyjne sekwencje koszmarów, są poprzecinane czarnymi żyłami trupie twarze, jest mroczny strych, a także krwistoczerwone drzwi, których nie wolno otwierać. Ale to, co przychodzi po zmroku, nie nadciąga ani z ciemnego lasu, ani z piekielnych czeluści. Siedzi sobie gdzieś głęboko w sercach bohaterów i co jakiś czas wystawia łeb. Mam nadzieję, że nie boicie się odwzajemnić spojrzenia.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 84% uznało tę recenzję za pomocną (101 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry