Recenzja filmu Córka prezydenta (2004)
Forest Whitaker

Mała księżniczka

Dla każdego ojca, jego córeczka jest księżniczką. A przynajmniej powinna być. Uwielbia kupować jej prezenty - misie i lalki, gdy jest mała, sukienki, książki - gdy jest starsza. Kocha ją ...
Filmweb sp. z o.o.
Dla każdego ojca, jego córeczka jest księżniczką. A przynajmniej powinna być. Uwielbia kupować jej prezenty - misie i lalki, gdy jest mała, sukienki, książki - gdy jest starsza. Kocha ją bezgranicznie i ma nadzieje, że zawsze będzie jego małą dziewczynką. Pomyśleli teraz Państwo, że pisząc te słowa, piję do ojca tytułowej "Córki prezydenta"? A figę! Tym tatą jest Forest Whitaker, reżyser filmu, popularny aktor, znany starszym widzom z "Plutonu", a młodszym z "Telefonu". A córką 9-letnia Sonnet Noel, która w filmie gra rólkę "dziewczynki, która się śmieje".

Historię zaczyna i kończy narracja z offu. Po doborze słów i tonie głosu można się szybko domyślić, iż mamy do czynienia z bajką. I tak film należy traktować - jak piękną bajkę, w której dziewczynki mogą jeść co wieczór tort czekoladowy i nie mieć nadwagi, w której na bal idzie się w sukience od Very Wang (cena od 10 tyś. dolarów za sztukę), w której ludzie się kochają i są dla siebie mili, nie krzyczą na siebie, a gdy już się kłócą, to zaraz się godzą. I w której, wreszcie, marzenia się spełniają i wszystko dobrze się kończy. Na serio, przebrnąć się przez to nie da. Oglądając "Córkę…" nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że została nakręcona tylko dla jednego widza - Sonnet Noel.

Whitaker nie wychodzi poza bajkową konwencję, ale to nie jest wcale zarzut. Przeciwnie, to plus, ponieważ zderzenie fantazji z rzeczywistością bywa - zwłaszcza w kinie - bardzo bolesne. Można by zarzucić, że bohaterowie są płytcy, przedstawieni dość schematycznie oraz słodcy do przesady. Ale byłby do zarzut niesłuszny. Po pierwsze, dlatego że w bajkach tradycyjnie postacie są przedstawiane prosto, stereotypowo, a po drugie, dlatego że adresaci filmu, czyli kilkuletnie dzieci nie rozumieją psychologicznych niuansów. Stereotypowość widać też w obrazkach, które przywodzą na myśl filmy z lat. 50 i 60. Wizualnie i fabularnie film Whitakera przypomina trochę piękny tort, robiony według starej receptury babuni. Niestety, gdy odrapie się cały lukier i spojrzy chłodnym wzrokiem, jest on zwykłym ciastem z kremem, banalną opowiastką, o dorastającej dziewczynce, która jest wyjątkowa, a wcale nie chce taka być. Chce być zwykłą, prostą studentką, cieszyć się wolnością i szaleć z przyjaciółmi w college'u. Dużo się nauczy, nie tylko na wykładach, pozna smak pierwszej miłości. Na końcu zrozumie, kim jest i czego chce. Tylko że to też nie jest zarzut, bo właśnie takie właśnie historie-bajki opowiada się małym dziewczynkom. Bez zdejmowania lukru. By mogły spokojnie zasnąć, gdy za oknem słychać krzyki kłócących się ludzi, hałasujące samochody lub sygnał karetek pogotowia.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 64% uznało tę recenzję za pomocną (11 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)