Recenzja filmu Dziewczyna z portretu (2015)
Tom Hooper

Malowana lala

Jest tu wprawdzie kilka scen zapadających w pamięć (choćby Redmayne przed lustrem), ale jeżeli "Dziewczyna z portretu" zajmie miejsce na kartach historii kina, to bardziej niż przez swoją jakość, ...
Filmweb sp. z o.o.
W konkursie głównym 72. Międzynarodowego Festiwalu w Wenecji pokazano najnowszy film Toma Hoopera, autora "Jak zostać królem" i "Nędzników" – obrazów bardziej "oskarowych" niż "festiwalowych". Podobnie jest z najnowszym dziełem brytyjskiego reżysera. W Wenecji ma szanse przede wszystkim na Queer Lion – wyróżnienie przyznawane filmom podejmującym problemy środowiska LGBTQ oraz na Puchar Volpiego dla Eddiego Redmayne'a za najlepszą rolę. Nie wiadomo tylko, czy męską czy kobiecą, bo "Dziewczyna z portretu" opowiada o osobie transpłciowej, zawieszonej między tymi tożsamościami.
 
Temat wydawać się może "na czasie", film jednak bynajmniej nie opowiada o czasach współczesnych, tylko cofa nas do początku XX wieku. W 1926 roku w Kopenhadze żyje młode małżeństwo malarzy: Einar i Gerda Wegener. Wcielają się w nich Redmayne oraz robiąca coraz bardziej imponującą karierę Alicia Vikander. Czas spędzają przy sztalugach, na przyjęciach oraz w łóżku – są prawdziwie zakochani. Sielanka trwa do momentu, kiedy nie pojawi się "ta trzecia". Einer,  zachęcany zresztą początkowo przez żonę, która potrzebuje modelki do  swych obrazów, przebiera się za kobietę. Daje jej na imię Lily, a ta  zaczyna żyć własnym życiem, co nie może pozostać bez wpływu na małżeństwo. W związku z sukcesami Gerdy przenoszą się do  Paryża, który jest wciąż światową stolicą sztuki. Jednak nawet tam Lily nie zamierza ich opuścić.
 
Rozkłada się ich pożycie, ale uczucie pozostaje. Jak jednak dalej ciągnąć taki  związek (pytanie, które zadawał już Dolan w "Na zawsze Laurence"), jeśli oboje są nieszczęśliwi? Pomagać, doradzać, a także uwodzić próbują osoby spoza ich – być może nazbyt symbiotycznego – związku.Wśród grających je gwiazd rozpoznamy panią Depp, czyli Amber Heard, Bena Whishawa czy Matthiasa Schoenaertsa, który wygląda tu jak... młody Władimir Putin (Redmayne w makijażu zaś do złudzenia przypomina Jessikę Chastain). Na nic jednak ich wysiłki, skoro film od początku do końca trąci sztucznością.
 
Hooper nie tylko nie może się zdecydować, czy chce opowiedzieć bardziej o miłości małżeńskiej, uzgadnianiu płci czy trudnej dla odmieńców epoce, w której żyją bohaterowie. Sięgając początków rozpoznania transseksualizmu i prób jego leczenia (pierwsze zabiegi korygujące płeć wykonywano już na początku XX wieku na terenie Niemiec i Austro-Węgier), chce wziąć udział w dzisiejszej debacie. Intencje szczytne, niestety reżyser nie ma serca do tematu. Brak w jego filmie intensywności  wspomnianego obrazu Dolana, lekkości i przewrotności "Nowej dziewczyny" Ozona czy prawdy bijącej z "Mów mi Marianna" Karoliny Bielawskiej. Film jest papierowy, nawet jeśli został wykonany z papeterii pierwszej jakości.
 
Jest tu wprawdzie kilka scen zapadających w pamięć (choćby Redmayne przed lustrem), ale jeżeli "Dziewczyna z portretu" zajmie miejsce na kartach historii kina, to bardziej niż przez swoją jakość, stanie się to dzięki tematyce, wciąż nowej w wysokobudżetowych produkcjach. Film powstał w słusznej sprawie i intencja ta,  jak często bywa w filmach "opartych na prawdziwych wydarzeniach", jest aż nadto czytelna. Brak natomiast filmowego mięsa: tempa, zaskoczeń, energii między aktorami. Choć taki fachura jak Hooper zawsze wyciśnie z widza kilka łez, nie czuć w jego filmie szczerości. Wszystko wydaje się wykalkulowane – pod łatwe wzruszenia, okładki i artykuły. W końcu – pod Oscary.  
 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 30% uznało tę recenzję za pomocną (372 głosy).
Adam Kruk
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

o