Mam nadzieję, że twoje dzieci będą złe

  • recenzja kinowa Kieł (2009)
"Kieł" jest dopiero drugim filmem w karierze Giorgosa Lanthimosa. Grek bowiem jest przede wszystkim reżyserem teatralnym oraz autorem reklam i teledysków. Jego ostatni obraz zdobył już laury w Cannes, ponadto był nominowany do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny. Pozostaje żałować, że dystrybutor zwlekał blisko dwa lata z wprowadzeniem go na ekrany, ponieważ "Kieł" to jeden z najmocniejszych filmów, jakie gościły w polskich kinach w ostatnim czasie.

Historia przedstawiona w filmie Lanthimosa przywodzi na myśl mrożące krew w żyłach fakty, które ujrzały światło dzienne kilka lat temu w austriackim Amstetten i polskich Siemiatyczach. Nazwiska Josefa Fritzla i Krzysztofa B., którzy przez długie lata więzili i wykorzystywali seksualnie swoje córki, obiegły świat, wzbudzając powszechne oburzenie, a przede wszystkim niedowierzanie, że zwyrodniałe procedery mogły trwać tak długo. Obraz Lanthimosa przedstawia historię podobną do wspomnianych dramatów, niewiarygodną, a przez to tak przerażającą. W "Kle" poznajemy rodzinę - ojciec, matka, syn i dwie córki. Zbliżające się ku dorosłości dzieci nigdy nie miały jednak możliwości opuszczenia postawionej gdzieś na odludziu, otoczonej wysokim murem posesji. Mało tego - nie posiadają imion, rodzice zaś dosłownie tresują je, zmuszając do codziennych pozbawionych sensu ćwiczeń, każą uczyć się świata z encyklopedycznych definicji, jednocześnie wpajając na przykład, że "morze" oznacza fotel, a "strzelba" to piękny, biały kwiat. Ich sensem życia staje się chwila, w której wypadnie im tytułowy kieł, ząb trzonowy - w tym momencie będą mogli wydostać się z domu.

Brat i siostry mają wypaczoną psychikę. Ich zabawy trącą masochizmem i polegają na przykład na trzymaniu dłoni w gorącej wodzie - kto dłużej wytrzyma, ten wygrywa. Są jak sprany materiał, wyblakli z głębszych uczuć i najdrobniejszej refleksji. Nie mają świadomości własnych zachowań, wszelkie gesty zostały u nich sprowadzone do czystej fizjologii, łącznie z seksem. Słowa wyrzucają z siebie niczym roboty, bez cienia emocji. Nikłe przebłyski własnej osobowości tłumione są od razu przez prowodyra zaistniałej sytuacji, czyli głowę rodziny. Ojciec to na co dzień przykładny, wysoko postawiony pracownik miejscowej fabryki, po godzinach - rodzinny tyran i ludzki treser (esencją jego poczynań jest monolog właśnie tresera psów w jednej z początkowych scen filmu), który przez lata starannie wybudował otoczkę przaśności. Nie jest on bynajmniej sadystą - wszystkie jego działania podyktowane są dziwną formą miłości - miłości pojętej zupełnie opacznie. Ojciec hoduje swoje potomstwo, kształtuje je według własnych wytycznych, posługując się względnie prostymi środkami, takimi jak nagrody i pochwały. Nie można mu zarzucić, że nie dba o potrzeby dzieci. Jak najbardziej, troszczy się o nie, zwłaszcza o najstarszego syna, któremu regularnie sprowadza do domu dziewczynę o imieniu Christina (wiadomo do jakich celów), a która pracuje jako ochroniarz w tej samej firmie. Jedynie ona ma nikły dostęp do hermetycznego świata, bardziej "ciągnie" ją jednak do jednej dziewcząt niż do zblazowanego młodzieńca i wchodzi z nią w podszytą niebezpiecznym erotyzmem relację. I to właśnie Christina stanie się przyczyną rozłamu w będącej obrazem żyjącej patologii rodzinie.

Stanley Kubrick zaprezentował w "Full Metal Jacket", jak można zaprogramować jednostkę, ukształtować ją w konkretnym celu. Lanthimos zaś pokazuje w "Kle", że człowieka można wyhodować w dosłownym znaczeniu tego pojęcia. To, co wyczynia głowa rodziny trudno nawet nazwać praniem mózgu - to redefinicja normalności. Dzieci przyjmują wszelkie fanaberie ojca jako pewnik, bo i kto miał im wyłożyć faktyczne prawa rządzące światem. Wymysły ojca są chwilami tak absurdalne, że widzowi po prostu chce się śmiać, jednak szybko orientuje się, że jest to śmiech przez łzy i z trwogą oczekuje kolejnych jego pomysłów. Gdy rodzice decydują się zrezygnować z usług Christiny, szybko można się domyśleć, kto będzie spełniał seksualne zachcianki syna; gdy ojciec odnajdzie powód niecodziennego zachowania jednej z córek, oczywiste jest, że ktoś poniesie karę - pytanie jak dotkliwą. Dziwi także bierna postawa matki, która bez słowa wykonuje wszelkie rozkazy męża (jej postać mogłaby być nieco obszerniej rozpisana i jest to chyba jedyne niedociągnięcie filmu).

"Kieł" to film trudny i niejednoznaczny. Lanthimos nie wyjaśnia ani nawet nie sugeruje, co było bodźcem dla ojca do takiego traktowania swojego potomstwa. Banałem wydaje się stwierdzenie, iż jest to człowiek z gruntu zły, choć potwierdzać to mogą mimochodem wyrzucane słowa (jak te skierowane do Christiny, będące tytułem mojej oceny), a także pojedyncze, pełne brutalności gesty. Grecki reżyser sprawia, że widz wchodzi w ten chory świat niejako na siłę - Lanthimos bardziej ciągnie za rękę, niż oprowadza. Nie jest to bynajmniej mankament, wręcz przeciwnie - to według mnie największy atut filmu. Pierwszy kontakt z "Kłem" przypomina płaski skok do wody - zderzenie z taflą jest szokujące i bolesne, po chwili konsekwentnie zanurzamy się w toni, odkrywając meandry czeluści, ale chłodna woda nie przynosi ukojenia - jest to zaskoczenie i niedowierzanie. Wrażenie pogłębiają chłodne, precyzyjne zdjęcia, bez cienia zawahania prezentujące jak wygląda codzienność, życie pod szczelnym, wypełnionym trucizną anormalności kloszem.

Obraz Lanthimosa jest odczytywany jako doskonała metafora totalitaryzmu, ja wolę go jednak postrzegać jako przytłaczający obraz totalnego zniewolenia, kontroli absolutnej, wstrząsającą panoramę możliwości manipulacji nad człowiekiem. Przygniatające, znakomite kino.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (153głosy).
_encore_
ocenia ten film na:
9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o