Recenzja filmu Pancernik Potiomkin (1925)
Sergei M. Eisenstein

Miód i gorycz

27 czerwca 1905, na pełnym morzu, załoga pancernika Potiomkin zbuntowała się przeciw dowództwu i rozpoczęła kilkutygodniową ucieczkę przed ścigającymi go okrętami carskimi. Dwadzieścia lat ...
Filmweb sp. z o.o.
27 czerwca 1905, na pełnym morzu, załoga pancernika Potiomkin zbuntowała się przeciw dowództwu i rozpoczęła kilkutygodniową ucieczkę przed ścigającymi go okrętami carskimi.

Dwadzieścia lat później, już w Rosji Radzieckiej, nowi władcy kraju postanowili wykorzystać tę historię dla celów propagandowych. Zatrudniono nadzwyczaj obiecującego Eisensteina, dano mu nieograniczone fundusze i postawiono tylko jeden warunek - film ma chwalić komunizm. Młodemu reżyserowi nie podobało się to ani trochę, ale z zapałem zabrał się do pracy i stworzył bez wątpienia dzieło nietuzinkowe. Oglądając je, aż trudno uwierzyć, że dziś ma już ponad osiemdziesiąt lat.

Abstrahując od merytorycznej obłudy, film urzeka swoją poetyckością. To jak pokazano biednych marynarzy na statku, zepsute mięso, jakim się ich karmiło, bezdusznych oficerów, z naciskiem na zbiorowość bohaterów, mimo pewnej stereotypowości robi wrażenie. Znakomicie nakręcono także pojawienie się Popa, demonicznego, z rozwianym włosem, stąpającego w jakimś rodzaju poświaty - brzmi to może naiwnie, ale wcale tak nie wygląda. Na film spadły również setki pochwał ze względu na szybki i nowatorski montaż. Sceny batalistyczne nakręcono w sposób, jakim niewiele współczesnych filmów akcji może się pochwalić - dynamika, napięcie - wszystko tam jest. No i niezapomniana scena na odeskich schodach- o tym się nie da pisać, to trzeba zobaczyć.

Mimo całej poezji jest to jednak film kłamliwy. Podział dobrzy marynarze - źli oficerowie (oczywiście szlachcice) mimo dużej dozy prawdziwości jest dość nachalny. To co jednak mnie najbardziej zdumiało, to chyba otwarty relatywizm podobno pozytywnych bohaterów. Zbuntowani marynarze (z których jeden jest chyba charakteryzowany na Stalina) wyznają zasadę, że cel uświęca środki, nie przejmują się tym, że, pomagając im, ludzie mogą zginąć - sprawa jest ważniejsza. Jak widać obłudy "ustroju szczęścia" chyba nie da się ukryć, skoro nie potrafił tego nawet tak zdolny reżyser jak Eisenstein. Tym bardziej razi, o dziwo jak najbardziej prawdziwe, zakończenie. Rosjanin bowiem wydaje się kręcić film w konwencji tragedii - bohaterowie mogą albo gnić "pod carskim butem", albo podjąć heroiczną, choć z góry skazaną na niepowodzenie, walkę o wolność. I większość filmu zdaje się potwierdzać, że tak właśnie jest. "Potiomkin" musi chronić się przed innymi okrętami, a kiedy przypływa do Odessy już czekają na niego fanatyczne oddziały cara. Wydaje się, że ta historia musi się skończyć tragicznie, co podkreśla jeszcze genialny podział na akty. Tymczasem pancernik odpływa, a okręt, który miał go zniszczyć, razem z nim. Ewidentne zaburzenie logiki samego filmu (bo jak przypominam jest to prawda), scena ta wydaje się całkowicie nieprawdopodobna i w dużej mierze tak jest. "Potiomkin" oczywiście uciekł z Odessy, ale już wkrótce został zatrzymany, a o tym się w filmie nie mówi. Co więcej, zdaje się sugerować, że nic mu się nie stało. Tymczasem w realnym świecie taka samowola zazwyczaj pociąga karę, i nic tu nie zmienią idee buntowników.

Mimo kilku wad, "Pancernika" ogląda się znakomicie, ale i tak wielka szkoda się stała, że film, który zapowiadał się na genialny, musiał zostać podszyty ideologicznymi głupotami.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 76% uznało tę recenzję za pomocną (46 głosów).
_Andrzej_
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny