Recenzja filmu Tristan i Izolda (2006)
Kevin Reynolds

Miłość aż po grób

"Tristan i Izolda" to kolejny film autora "Robin Hooda: Księcia Złodziei" i "Hrabiego Monte Christo". Opowieść o tragicznej, namiętnej miłości wszech czasów i jej tragicznych skutkach w ...
Filmweb sp. z o.o.
"Tristan i Izolda" to kolejny film autora "Robin Hooda: Księcia Złodziei" i "Hrabiego Monte Christo". Opowieść o tragicznej, namiętnej miłości wszech czasów i jej tragicznych skutkach w niekoniecznie porywającym wydaniu.

"Tristan i Izolda" to średniowieczne podanie, które jak każda emocjonująca historia doczekało się wielu odmian i wersji. Akcja toczy się na Wyspach Brytanii. Ekranizacja Kevina Reynoldsa rozpoczyna się od napadu Irlandczyków na władców angielskich. Wtedy to kornwalijski król Marek (Rufus Sewell) ratuje małemu Tristanowi życie, tracąc przy tym prawą dłoń. Staje się też jego jedynym opiekunem. Kilka lat później Tristan (James Franco) jest już dorosły. Zostaje ciężko raniony zatrutym ostrzem w jednej z bitew pod sztandarem Marka. Towarzysze myślą, że jest umierający, więc wyprawiają mu godny pogrzeb i wysyłają go łodzią na pełne morze. Jednak łódź dociera do brzegów Irlandii, gdzie konającego Tristana znajduje Izolda (Sophia Myles). Przedstawia mu się jako dama dworu i bardzo dobrze się nim opiekuje, lecząc jego rany, a przy okazji rozpalając jego serce. Gdy miłość młodych jest już w pełni, nadchodzi czas rozstania. Tristan wraca na dwór Marka, ale niedługo wyrusza z powrotem do Irlandii, aby wygrać w jego imieniu turniej ogłoszony przez irlandzkiego króla. Tristan chce zdobyć dla Marka żonę - córkę króla Irlandii - i pogodzić zwaśnione państwa. Gorzej staje się, gdy okazuje się, że kobietą, którą Tristan zdobył dla Marka, jest... Izolda.

Ujmując wszystko jednym słowem - film nie zachwyca. Jest mało dynamiczny, porywający, brakuje w nim tej pasji, jaka powinna towarzyszyć "największemu romansowi świata". Jednak warto zwrócić uwagę na dobre zdjęcia, których autorem jest Artur Reinhart, ukazujące nastroje i dylematy bohaterów oraz przepiękną scenografię. Krajobrazy kornwalijskich zielonych wzgórz i irlandzkich wybrzeży, w które przenosimy się wraz z początkiem filmu mogą zachwycić. Dużą i chyba największą wadą tego filmu jest bardzo prozaiczne ukazanie legendarnej, namiętnej miłości. Wybierając się na do kina można było spodziewać się pasjonujących przeżyć, niespełnionych nadziei i magicznej miłości, która doprowadziła do tragedii. Tego jednak prawie nie widać w filmie. Główny wątek został nieco spłycony. Nie można doszukać się głębokiego uczucia i zawiłości łączących głównych bohaterów. Wszystko ukazane jest prosto, przestrzeń filmu zapełniona jest za to całą ilością scen długich, bolesnych spojrzeń i nudnawych rozmów. Film nie wzbudza wielkich emocji.

Na pochwałę zasługują aktorzy, którzy mimo małego doświadczenia całkiem nieźle poradzili sobie ze swym zadaniem. Mowa tu o Jamesie Franco i Sophii Myles. Świetny był przede wszystkim Rufus Sewell. Wspaniale ukazał złożoność postaci Marka. W ogniu krytyki docenić należy także dobrze zrealizowane sceny batalistyczne i wiarygodną scenografię. Mimo niskiego budżetu twórcom udało się dobrze wykonać te elementy. W "Tristanie i Izoldzie" razi też bardzo duża rozbieżność z książkowym pierwowzorem. Film trzeba było spopularyzować, ale niepotrzebnie oddalono się od tak istotnych elementów, jak wypicie napoju miłosnego. Miejscami pozbawiono przez to opowieść pewnej mityczności i magii, zbyt ją upraszczając.

Ekranizacja historii jest przeciętna. Nie jest najgorsza; scenariusz jest spójny, opowieść czytelna. Za mało jest jednak tej pasji, która powinna towarzyszyć romansowi wszech czasów. Za mało dynamiki i polotu. Film godny polecenia na bardzo nudne jesienne wieczory.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 82% uznało tę recenzję za pomocną (11 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)