Recenzja filmu Zjednoczone stany miłości (2015)
Tomasz Wasilewski

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest

Tomasz Wasilewski – niczym wszechobecna atmosfera transformacji – wnika wgłąb żyjących w Polsce ludzi, bez pardonu penetrując bloki z wielkiej płyty, kościoły, szkoły i szpitale; obnaża nocne ...
Filmweb sp. z o.o.
Wraz z upadkiem komunizmu w Polsce i muru berlińskiego w Niemczech weszliśmy do całkiem nowego, wcześniej niemal niedostępnego świata. Falą do rodzimych miast spłynęła moda na aerobik, wypożyczalnie VHS-ów wzbogaciły się o nowe kasety, a każdy młody człowiek polował na okazję zakupienia pary jeansów. Wraz z komercją zaczęły się powolne zmiany społeczne, trwające do dziś. W zgiełku zmian pozostawali ludzie, których metamorfoza otaczającego świata dotyczyła jedynie powierzchownie – ich namiętności, słabości i pasje trwały, oderwane od dynamiki Zeitgeistu.

Do tego czasu zmian powraca Tomasz Wasilewski – naówczas nastolatek, dziś dorosły twórca. Niczym wszechobecna atmosfera transformacji wnika wgłąb żyjących w Polsce ludzi, bez pardonu penetrując bloki z wielkiej płyty, kościoły, szkoły i szpitale; obnaża nocne wyczyny w sypialniach, odtwarza rozmowy przy obiedzie i z ciekawością zagląda do basenowych szatni. Jego świat jest personifikacją smutku, który z czasem dotknie każdego, kto w nim żyje: ponura zimowa atmosfera, surowe kadry – wszystko zaś malowane monochromatyzmem niczym ze starej rodzinnej fotografii.

Po kilkuminutowej scenie ekspozycyjnej, w której reżyser dość bezpośrednio wprowadza nas do życia bohaterek, następuje powolne budowanie świata i relacji każdej z nich. Losy każdej z kobiet zamknięte są w czterech segmentach, które z czasem zaczynają się ze sobą łączyć. Cztery wybranki czy to w obiektywie kamery, czy w quasi-zwierzęcych klatkach schodowych, czy w końcu w interpersonalnych zależnościach, są kurczowo trzymane na uwięzi. Ich z góry podyktowana wolność objawia się jedynie w rzadko eksponowanych otwartych kadrach, czy w afektywnym współczuciu i nadziei u widza, chociaż na dłuższą metę oboje pozostają zakleszczeni w wszechobecnym poczuciu bezsilności.

U twórcy wiara nie czyni cudów. Alegorycznie bowiem tak samo jak twórca obchodzi się ze swoim dziełem, tak samo postaci w jego rękach są przezeń dyrygowane, w każdej niedoskonałości widoczne, nagie dwuaspektowo: fizycznie oraz psychicznie. W przypadku Wasilewskiego transgresja obyczajowa i łamanie tabu wychodzą nad wyraz naturalnie, z drugiej strony naturalność ta prowadzi do jej uprzedmiotowienia. 

Świadomie operowana cielesność oddaje jednak atmosferę, w której jest ukazywana. Trudno doszukiwać się kolorowych obrazków niczym z niemieckich kaset pornograficznych lub kadrów z ckliwych romansów; dostajemy bowiem, stojące w opozycji do patriarchalnej, drobnomieszczańskiej mentalności lat 90. pozbawione pruderyjności i szczątków erotyzmy sceny przypadkowego seksu w dworcowej toalecie, apatycznej masturbacji, wizerunki nagich otyłych kobiet po sześćdziesiątce… Złamana zostaje bariera- tabu ciała. Z czasem reżyser oswaja nas z jego widokiem. Wraz z przysłoną ciała opada również niedostępność psychiczna. Reżyser nie waha się przełamywać kolejnych barier.     

Pierwszoplanowym założeniem Wasilewskiego stało się zminimalizowanie fabularyzmu, kładąc nacisk na wnikliwe portretowanie swoich protagonistek. Zawieść może widza, iż fabularnie potencjalna opowieść o uniwersalnych prawdach naszej uczuciowej strony egzystencji staje się nieruchomym portretem – poszukiwanie początku i właściwego końca historii charakterów zdaje się na nic. Wszystko, co widzimy dobiega do constansu. Reszta losów ukazywanych kobiet jest głuchym milczeniem, w którym jakże często przebywają. Euforyczna czasem nadzieja nie daje przełomu- mimo płynącego czasu, łez i zmagań wszystko trwa za żelazną kurtyną, zamyka ludzi w ich stanach, a sporadyczna odwaga zdaje się na nic.

Trzymając się odwagi, należy odbiec nieco od psyche filmu i skupić się na jego fizycznym aspekcie – procesie tworzenia. Abstrahując od decyzji reżysera, który już we wcześniejszych dziełach dał się poznać jako prowokator, zwrócić należy oczy na filary tego dzieła: Julię Kijowską, Martę Nieradkiewicz, Magdalena CieleckaMagdalenę Cielecką i Dorotę Kolak. Polskiemu kinu brakuje kobiecych ról przemyślanych i dorośle zagranych, od czego są "Zjednoczone Stany Miłości" jednym z nielicznych wyjątków. Złożoność ich charakterów znajduje ujście w przekonywająco szczerej grze aktorskiej (na marginesie warto dodać, że Dorota Kolak w całym zestawieniu nie ma sobie równej), w której najlepiej obijają się zdolności aktorek i ręka reżysera.

Czym są "Zjednoczone Stany Miłości"? Przeintelektualizowanym dziełem i przerostem formy nad treścią w oczach jednych. Artystycznym wyrazem społecznego buntu według drugich. Nad tym podziałem stoją stany, w których odnaleźć można prawdomówność twórców i sugestywność czasów, wahania emocjonalne i przytłaczającą fizyczność, rozmyślania nad rolą jednostki i ciemną stronę społeczeństwa. Patrzymy z nadzieją, że nie ujrzymy w nich samych siebie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).
pierre0
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o