Recenzja filmu X-Men: Ostatni bastion (2006)
Brett Ratner

Miejmy nadzieję, że to jednak nie ostatni!

"X-Men 3: Ostatni bastion" był, bez dwóch zdań, jednym z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku. Dwie poprzednie części kinowych przygód mutantów zyskały sobie tylu sympatyków, że powstanie ...
Filmweb sp. z o.o.
"X-Men 3: Ostatni bastion" był, bez dwóch zdań, jednym z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku. Dwie poprzednie części kinowych przygód mutantów zyskały sobie tylu sympatyków, że powstanie kolejnych sequeli było jedynie kwestią czasu. Oczywiście, wszyscy mieli nadzieję, że produkcja ponownie będzie trzymała poziom poprzedniczek. Pierwsze zagrożenie dla tej sielskiej wizji przyszłości, w której wszystkie adaptacje komiksów są piękne i wierne zarazem, przyszło nieoczekiwanie - zmieniła się osoba reżysera i na stołku Bryana Singera zasiadł Brett Ratner (odpowiedzialny m.in. za "Godziny szczytu" i "Family man"). Oczywiście, nie był to powód, by od razu popadać w panikę, więc rzesze fanów Wolverina postanowiły cierpliwie czekać do dnia premiery, by po seansie wydać swój werdykt. Doczekali się. Czy było warto?

Ze względów fabularnych, na pewno! Akcja rozgrywa się niedługo po zakończeniu dwójki, czyli po rzekomej śmierci Jean Grey (Famke Janssen). Jak się okazuje, rudowłosa bohaterka nie umarła pod naporem hektolitrów wody (czego było można się domyślić) i teraz powraca do świata żywych wraz z zestawem nowych mocy, które były dotąd skutecznie tłumione przez profesora Xaviera (Patrick Stewart). Spytacie czemu? Otóż ze względu na ich nieograniczoną potęgę, Jean stanowiła zagrożenie nie tylko dla siebie, ale i dla całego otoczenia, a teraz właśnie... straciła nad sobą panowanie! Jasnym jest więc, że uczniom profesora nie pozostaje nic innego, jak powstrzymanie starej kompanki, teraz nazywającej siebie Feniksem. Niestety, na horyzoncie pojawił się jeszcze jeden problem - naukowcy wynaleźli lekarstwo na mutacje i rząd postanawia je wdrożyć do... aptek. Magneto (Ian McKellan) uważa to za świetny pretekst do wypowiedzenia wszystkim ludziom wielkiej wojny, która zarazem podzieli wszystkich "uzdolnionych" na dwa obozy.

Gwarantuję jednak, iż powyższy opis zdradza jedynie część smaczków fabuły - to, co najlepsze, pozostawiłem Wam do samodzielnego odkrycia. A gwarantuję, że każdy, kto już wcześniej zetknął się z sagą X-Menów, będzie zaskoczony bardzo odważnymi (jeśli nie karkołomnymi) posunięciami scenarzystów, Zaka Penna i Simona Kinberga. Przyznam, że w ogóle nie spodziewałem się takiego rozwoju sytuacji i bardzo mnie ciekawi, jak autorzy dalej poprowadzą swoją opowieść (zakładając, że powstaną jeszcze kolejne sequele). Niestety, przy takiej ilości wydarzeń, upchniętych w niespełna dwugodzinnym filmie, nie udało się uniknąć typowego problemu. Wielu bohaterów pojawia się na scenie tylko w krótkich epizodach, przez co fani, np. Scotta Summersa (James Marsden) mogą czuć poważny niedosyt. Zadowoleni za to będą wszyscy wielbiciele Wolverina, Storm i Magneta, którzy zdecydowanie zdominowali "Ostatni bastion". Nie trzeba chyba dodawać, że charakteryzacja była jak zwykle genialna, a nowe postacie, które pojawiły się w tej części, zostały idealnie dopasowane do komiksowych oryginałów (między innymi Vinnie Jones, jako Juggernaut i Ben Foster w roli Warrena).

Przed seansem długo się zastanawiałem, czy zmiana reżysera będzie bardzo odczuwalna. Jak się okazało, Brett Ratner nieźle sobie poradził ze swoim zadaniem, ale odmienność stylu względem Bryana Singera była, mimo wszystko, zauważalna. Całe szczęście nie wpłynęło to na poziom widowiska i "Ostatni bastion" jest stworzony w konwencji niemalże bliźniaczej, co poprzednicy. Jedyne zarzuty mogę postawić pod adresem scenarzystów, którzy nazbyt spłycili niektórych bohaterów, kreując np. Wolverina na mentora młodych, zbuntowanych mutantów. Całe szczęście, ten zgrzyt był odczuwalny raptem dwa, trzy razy podczas seansu - przy takim tempie akcji, niemalże wszystkie defekty szybko odchodzą w niepamięć.

Na tle "X-Men 3" widać bardzo dobrze różnice wieku między kolejnymi częściami - efekty specjalne zdecydowanie ewoluowały i Brett Ratner zaserwował nam sporo świetnych scen. Wszystkie animacje i wybuchy są po prostu bezbłędne! Ponadto, kilka z nich ma szansę przejść do historii kinematografii - mostu unoszącego się z posad chyba jeszcze nigdzie było. Zapewne ostateczna batalia również niektórych przyprawi o "opad szczęki" i palpitację serca. Widać, że producenci nie żałowali pieniędzy. I dobrze.

Czy było warto w takim razie? Tak, zdecydowanie tak. Im dłużej wspominam ten film, tym bardziej dochodzę do wniosku, że Brett Ratner sobie poradził z wyzwaniem i nie miałbym nic przeciwko, gdyby to właśnie on wziął się za "X-Men 4", jeśli takowe kiedykolwiek powstanie. To po prostu kawał perfekcyjnego kina rozrywkowego, które, w stosunku do produkcji Singera, zostało wzbogacone o jeszcze bardziej zaskakującą fabułę. Dla twórców oklaski na stojąco, a dla widzów pozycja obowiązkowa do obejrzenia w kinie!
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 64% uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).
KoZa
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)