Recenzja filmu Resident Evil: Zagłada (2007)
Russell Mulcahy

Milli(tarny) urok

Filmy będące adaptacjami gier komputerowych mają bez wątpienia tę zaletę, że nikt nie pomyli ich z dziełami Bergmana.
Filmweb sp. z o.o.
Filmy będące adaptacjami gier komputerowych mają bez wątpienia tę zaletę, że nikt nie pomyli ich z dziełami Bergmana. Jeżeli się więc kupiło na tego rodzaju kino bilet i wyszło zawiedzionym z kina, ponieważ oczekiwało się głębokiej analizy egzystencjalnej, można mieć pretensje tylko do siebie. Ktoś wrażliwy mógłby zadać pytanie, po co więc kręcić takie filmy? Odpowiedź jest banalna: z tego samego powodu, dla którego tworzy się gry - dla rozrywki. Jeżeli tak, pozostaje już tylko kwestia, co kogo bawi.

Trzecia cześć "Resident Evil" jest, a i owszem, filmem zabawnym - trochę zamierzenie, a trochę nie. Tak więc powinna się spodobać zarówno fanom poprzednich części, jak i tym, którzy na tego rodzaju kinie bawią się doskonale z zupełnie z innych powodów, niż zakładali twórcy. Z jednej strony, trzecia odsłona serii jest przez pierwsze kwadranse filmem zaskakująco sprawnym (powierzenie reżyserii Russellowi Mulcahyowi było z całą pewnością dobrym pomysłem), a nawet momentami brutalnym. Z drugiej strony, nie ma co ukrywać - na twórcę i dobrego ducha serii Paula Andersona zawsze można liczyć. Twórca "Mortal Kombat" jeszcze nigdy nie sprawił swoim wielbicielom zawodu, podobnie jest i tym razem.

Trzecia odsłona "Resident Evil" zamiast ciasnych przestrzeni laboratorium i dusznego miasta prezentuje nam bezkresne pustynne połacie Nevady. Ludzkość w zdecydowanej większości zarażona jest wirusem T, resztki populacji, które nie zmutowały przemierzają obumarłą ziemię, szukając gdzieś dla siebie bezpiecznego schronienia. Ta postapokaliptyczna wizja przypomina z początku bardziej wypolerowaną i estetyczną drugą cześć "Mad Maxa", wzbogaconą o zombie i morderczą korporację. Jednak wraz z rozwojem akcji klimat zdecydowanie zaczyna przypominać poprzednie "residenty".

Wszystko tu jest klasycznie opakowane. Alice (z wiekiem coraz bardziej apetyczna Milla) nosi zabawne seksowne pończoszki zamiast czerwonej spódniczki, towarzyszą jej inne ładne męskie i żeńskie istoty, które prowadzą ze sobą odpowiednio zabawne dialogi lub przeżywają odpowiednio dramatyczne i bolesne chwile, a akcja odpowiednio nabiera tempa i towarzyszą jej odpowiednio widowiskowe, wypracowane na komputerach efekty specjalne.

"Resident Evil" jako rozrywka, której nie należy w żaden sposób brać na poważnie, ma właściwie tylko jeden wyraźny mankament. Żywe trupy żywymi trupami, rozrywane ciała rozrywanymi ciałami, przemoc przemocą, ale biustu Jovovich twórcy pokazać się nie odważyli. Ja rozumiem, że zdaniem purytańskiej Ameryki mogłoby to niepotrzebnie zdeprawować niewinną młodzież. Ta jednak troska o cnotę i kategorię wiekową wymusza na twórcach całkiem zabawne chwyty w pokazywaniu sklonowanej bohaterki. Co jak co, ale trudno jest kogoś klonować w ubraniu. Twórcy wybrali drogę (pół)środka - jeżeli tylko bohaterka nie ma pod ręką spluwy, którą może chwycić (a regułą jest, że ubrana zawsze takową posiada), zasłania nią piersi. Z psychoanalitycznego punktu widzenia intrygujące, nieprawdaż?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (48 głosów).
Krzysztof Michałowski
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie