Recenzja filmu Zmierzch (2008)
Catherine Hardwicke

Muzyka nie z tego świata

Oglądając w kinie "Zmierzch" wyreżyserowany przez Catherine Hardwicke po raz pierwszy zaledwie parę miesięcy temu, nie miałam jeszcze pojęcia o całej towarzyszącej temu obrazowi "otoczce" – ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja ścieżki dźwiękowej Zmierzch (2008)
Oglądając w kinie "Zmierzch" wyreżyserowany przez Catherine Hardwicke po raz pierwszy zaledwie parę miesięcy temu, nie miałam jeszcze pojęcia o całej towarzyszącej temu obrazowi "otoczce" – istnienie kilkutomowej sagi autorstwa Stephenie Meyer, miliony fanów na całym świecie (których rzesze znacznie się powiększyły, odkąd do obsady trafił przeciętnej urody, acz dobrze ucharakteryzowany Brytyjczyk, Robert Pattinson). Dopiero po obejrzeniu filmu miałam okazję zobaczyć jego zwiastun – usłyszałam wtedy słowa czytane przez polskiego lektora: "kiedy zapada zmierzch, rodzi się miłość nie z tego świata". Jednak według mnie jedyna rzecz, którą w tym obrazie można określić mianem "nie z tego świata", jest muzyka. Składa się z dwóch części – jednej, skomponowanej przez Cartera Burwella i drugiej, na której znajdują się kawałki różnych wykonawców. Pierwszy element zanalizował w swojej recenzji JaszczurXP, dlatego też ja zajmę się tym, o czym jeszcze mowy nie było.

Po pierwsze spotkało mnie dość rzadkie zjawisko, a mianowicie zapamiętałam piosenki z filmu. Zazwyczaj jest tak, że kojarzę odpowiedni moment opowieści i wiem, że wtedy w tle płynęła jakaś miła dla ucha melodyjka, ale w "Zmierzchu" zupełnie wbiły mi się w głowę trzy utwory. Pierwszy z nich słyszymy właściwie na samym początku, kiedy to nasza główna bohaterka, Bella (Kristen Stewart) bez przekonania opuszcza rodzinne Phoenix – "Full moon" zespołu The Black Ghosts w moim przekonaniu idealnie wprowadza w nastrój sennego, deszczowego Forks. Później, podczas mecz baseballu, towarzyszy nam dynamiczny i genialnie wpasowujący się w atmosferę filmu kawałek Muse – "Supermassive black hole". Ostatnią piosenką, którą zapamiętałam z tego seansu było końcowe "Leave out all the rest" w wykonaniu Linkin Park, którego obecność była dla mnie sporą niespodzianką – wtedy utwór figurował już na listach przebojów nawet w naszych rodzimych rozgłośniach radiowych. W poszukiwaniu "moich piosenek" natrafiłam na listę wszystkich utworów pojawiających się w filmie. I tak po otwierającym album "Supermassive black hole" słyszymy zespół Paramore i ich piosenkę "Decode" (dalej pojawia się też drugi kawałek ich autorstwa, "I caught myself"), gdzie charakterystyczny wokal czerwonowłosej Hayley Williams efektywnie współbrzmi z gitarami kolegów z zespołu. Następnie w swego rodzaju trans wprowadza nas wyżej już wspomniany utwór "Full moon" – każdym swoim elementem składowym wyraża odczucia niepewnej swojej przyszłości Belli. Po "Leave out the rest" słyszymy energiczny "Spotlight" zespołu Mutemath. Kolejne piosenki to "Go all the way" Perry’ego Farrella, "Tremble for my beloved" Collective Soul, później “Eyes on fire" Blue Foundation – nie wiedzieć czemu pierwszym określeniem, które przyszło mi do głowy po ich przesłuchaniu było słowo "pierwotny". Wydaje mi się, że jednak oddaje ono charakter tych kompozycji, gdyż kojarzą mi się one z zielonymi lasami Forks, zjawiskami paranormalnymi (myślę, że takim mianem można określić istnienie wampirów) i… plemieniem Quileutów – są klarowne, proste w odbiorze, przejrzyste, jasne, magnetyczne, przez co nie pozwalają na chwilę oderwać się od ich słuchania. W podobnym nastroju utrzymane są piosenki Roberta Pattinsona ("Never think" i "Let me sign" – pomijając kwestię moich zastrzeżeń do jego wokalu, świetnie włączają się w klimat całej płyty. Zamykają ją osobliwa, magiczna ballada miłosna "Flightless bird, American mouth" i kompozycja Cartera Burwella pojawiająca się w filmie w roli "Kołysanki Belli" ("Bella’s Lullaby").

Ścieżka dźwiękowa do "Zmierzchu" osiągnęła pierwsze miejsce muzycznych bestsellerów Amazon przed jej własną premierą. Rzesze wiernych fanów sagi – zarówno książkowej jak i filmowej – miejsce na półce dla tej płyty, jak może się wydawać, mieli od dawna zarezerwowane. Wraz z obrazem ta muzyka tworzy nierozerwalną całość, jest ona zdecydowanie mocną (o ile nie najmocniejszą) stroną ekranizacji pierwszej części wampirzego romansu. Utrzymana w niezwykłym klimacie tajemniczości stanowi dopełnienie filmowej opowieści, ale równie dobrze może istnieć jako samodzielna, osobna "historia". Zdecydowanie polecam słuchania w ramach kojenia zszarganych nerwów, natomiast fanom cięższych brzmień bądź muzyki czysto instrumentalnej polecam trzymać się z daleka. Lub zawiązać bliższą znajomość z zespołem Muse.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (37 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (19)

zobacz wszystkie