Recenzja filmu Źródło (2006)
Darren Aronofsky

NIkt nie pragnie wieczności.

"Gdzie drzewo i źródło szumią we śnie, tam zbliża się śpiący do bezpiecznego życia, tam jest źródło młodości". Bardzo możliwe, że Darren Aronofsky natrafił na ten cytat specjalisty od snów – G. ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Źródło (2006)
"Gdzie drzewo i źródło szumią we śnie, tam zbliża się śpiący do bezpiecznego życia, tam jest źródło młodości". Bardzo możliwe, że Darren Aronofsky natrafił na ten cytat specjalisty od snów – G. Aeppli, podczas pisania scenariusza do "Źródła" z 2006 roku. Film wywołał niemałe poruszenie, szczególnie wśród fanów reżysera, którzy znając jego wcześniejszy dorobek, spodziewali się produkcji równie szokującej, co"Pi" czy "Requiem dla snu". Tym razem Aronofsky zaskoczył wszystkich – powagą. Film długo czekał na realizację, to dziwne, że wytwórnia Warner Bros w ogóle zgodziła się finansować obraz tak odbiegający scenariuszem od hollywoodzkich kanonów, tym bardziej że pierwsza próba realizacji filmu nie powiodła się i wytwórnia straciła dwadzieścia milionów dolarów.

"Źródło" ukazuje trzy różne, przeplatające się historie życia tego samego człowieka. Pierwsza opowiada historię szesnastowiecznego konkwistadora (prawdopodobnie jego pierwowzorem był hiszpański inkwizytor Juan Ponce de Leon), który na życzenie swojej królowej poszukuje legendarnego drzewa życia strzeżonego przez Majów. Jego historia przeplata się z życiem współczesnego naukowca Toma Creo, który poszukuje lekarstwa dla śmiertelnie chorej żony Izzy. Trzecim bohaterem odrębnej historii jest astronauta z XXVI wieku przemierzający przestrzeń kosmiczną w nadziei odnalezienia utraconej ukochanej, by spędzić z nią wieczność i tym samym potwierdzić przekonanie o nieśmiertelności uczuć.

Film Aronofskiego nawiązuje do wierzeń i mitów starożytnych Majów. Jest pełen symboli. Drzewo życia to symbol charakterystyczny dla wierzeń wielu religii. Korzeniami wrasta w ziemię, konarami sięga nieba, łączy dwa światy. Można by rzec, że Aronofsky nawiązuje do stwierdzenia F. Nietzschego, który uważał, że:"Z człowiekiem jest wszakże jak z drzewem. Im bardziej dąży ku wysokościom i jasnościom, tym silniej jego korzenie ciągną ku ziemi, w dół, w ciemność, głębię: w zło."

Fabuła filmu jest nieco zaskakująca, ale tworzy zwartą, zrozumiałą całość i bynajmniej nie jest, jak twierdzą niektórzy, zlepkiem wydumanych obrazów, które nie mają sensu. Niestety, to współczesne płytkie kino serwuje filmy, których tytułów nie będę wymieniać, a które sprawiają, że widzom nie chce się myśleć nad obrazami o nieco mniej oczywistym i głębszym przesłaniu.

Początkowo w rolę głównych bohaterów mieli wcielić się Brad Pitt i Cate Blanchett, oboje jednak zrezygnowali z udziału w filmie na rzecz bardziej kasowych produkcji, i dobrze, bo budżet filmu zmalał o jakieś czterdzieści milionów dolarów. Rachel Weisz - zdobywczyni Oscara za rolę w "Wiernym ogrodniku" oraz Hugh Jackman znany z roli m.in. w "Prestiżu" zgodzili się za to zagrać u Aronofsky'ego nawet za znacznie obniżone gaże i chwała im za to. Eteryczna R.Weisz wypadła przekonująco zarówno w roli kruchej Izzy Creo (Izzy Creo to po hiszp. "y si, creo" co znaczy "tak, ja wierzę"), jak i olśniewającej królowej. W roli drugoplanowej możemy podziwiać niezastąpioną weterankę kina – Ellen Burstyn.

Zdjęcia do filmu realizowano w Kanadzie, Australii i Gwatemali. Na planie zatrudniono dwudziestu rdzennych Majów. Aronofsky chciał zachować ponadczasowy charakter filmu, dlatego zrezygnował z animacji komputerowych na rzecz kolażu z mikrofotografii. Wizja kosmosu nie jest więc dziełem komputera, lecz  kolażem powiększonych fotografii przedstawiających reakcje chemiczne zachodzące na szkiełku Petriego, które to stanowią tło dla podróżującego w szklanej kuli astronauty. Dużym atutem filmu jest również muzyka autorstwa Clinta Mansella, który już wcześniej współpracował z reżyserem. Hipnotyzującą ścieżkę dźwiękową skomponował współpracując z kwartetem smyczkowym "Kronos" – twórcy ścieżki dźwiękowej do filmu "Requiem dla snu" oraz szkockim zespołem rockowym "Mogwai". Nieco dramatyzmu dodały elementy wokalnych lamentów w tle, które doskonale oddają niemal mistyczny klimat filmu. Zarówno muzyka, jak i zdjęcia Matthewa Libatique'a są odzwierciedleniem reżyserskich zamierzeń ukazania życia bohaterów, sprowadzając je do zamglonej, niemal sennej wizji.

Reżyser za pomocą dosyć niezwykłych środków stworzył obraz bohatera wyalienowanego, spragnionego nieśmiertelności, w świecie, w którym nic nie jest stałe. Aronofsky nie mądrzy się twierdząc, że "człowiek i tak jest wieczny", a jedynie delikatnie podkreśla, że koło życia toczy się i będzie toczyć się dalej niezależnie od woli i życia człowieka, który podobnie jak bohater filmu do końca jest zmuszony szukać, jeżeli nie leku na nieśmiertelność, to przynajmniej sensu kruchej egzystencji i śmierci, która ma raczej "kiepskie poczucie humoru".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 91% uznało tę recenzję za pomocną (159 głosów).
kejtnova
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie