Recenzja filmu Wimbledon (2004)
Richard Loncraine

Na zielonej trawce

Jakiś już czas nie było filmu o tematyce sportowej. Z tym większą przyjemnością usłyszałem tytuł "Wimbledon" - a skojarzenie nasunęło się oczywiście samo. Dobry nastrój popsuła trochę informacja, ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Wimbledon (2004)
Jakiś już czas nie było filmu o tematyce sportowej. Z tym większą przyjemnością usłyszałem tytuł "Wimbledon" - a skojarzenie nasunęło się oczywiście samo. Dobry nastrój popsuła trochę informacja, że jest to komedia romantyczna, gatunek zwykle mało ciekawy i niezbyt nowatorski. Niemniej, czy to z chęci czy z obowiązku, poszedłem na "Wimbledon" do kina.

Obraz Richarda Loncraine opowiada o zmaganiach pewnego angielskiego tenisisty na najsłynniejszych kortach trawiastych świata. Tenisistą tym jest Peter Colt, niegdyś uczestnik i zdobywca pucharu Davisa i finalista US Open, obecnie jednak dopiero 119. rakieta świata. Ostatnie niepowodzenia skłoniły Petera do zakończenia kariery tuż po londyńskim turnieju. Bez ducha walki i wiary podchodzi on do pierwszego meczu i ... niespodziewanie wygrywa. Jednocześnie poznaje młodą gwiazdę amerykańskiego tenisa - Lizzie Bradbury. Zakochuje się w niej, zresztą z wzajemnością. Rozkwita gorący romans przeplatany coraz lepszymi występami w turnieju. Jednak czy aby uczucie nie przeszkodzi w sportowych zmaganiach? O tym właśnie dowiemy się z wyżej wymienionego filmu.

W "Wimbledonie" odtwórcami dwóch głównych ról są Paul Bettany i Kirsten Dunst. Reszta postaci stanowi tło dla wspomnianej dwójki i ma być uzupełnieniem personalnym, spełniającym pomniejsze zadania.

Główne otoczenie i miejsce przebiegu akcji stanowią rzecz jasna londyńskie korty, które w filmie dość często z różnych ujęć są pokazywane, co miłośnikom tenisa może się spodobać. Sama zaś akcja toczy się poniekąd w dwóch wątkach. Pierwszym i chyba głównym jest kwestia miłosna, oparta na typowym schemacie, jaki można zaobserwować niemal w każdym filmie z tego gatunku. Drugim są zmagania sportowe głównego bohatera, a w tle także i bohaterki. Mamy tutaj dość dobrze ukazane uczucia tenisisty w czasie rozgrywania meczów, co jest w głównej mierze zasługą wewnętrznych dialogów zawodnika pokazywanych na przykład przed serwisem.

Główną wadą filmu jest oczywiście jego powtarzalność, co jednak można uznać za wadę gatunkową. Natomiast sporym minusem jest w "Wimbledonie" fizyka gry. Nasz bohater co drugą piłkę się przewraca, co jest wynikiem chęci twórców do zaprezentowania dramaturgii gry. Efekt jest natomiast odwrotny i nawet średnio zaawansowany w tym sporcie osobnik uśmiecha się na sam widok z politowaniem.

Napięcia w "Wimbledonie", jak przystało na komedię romantyczną, naturalnie nie ma żadnego i chyba nikomu nic nie zdradzę jak napiszę, że wszystko kończy się dobrze. Pod tym względem film jest jeszcze bardziej przewidywalny niż poprzednicy z gatunku.

"Wimbledon" jest pozycją przeciętną, wyróżniającą się tylko i wyłącznie aspektem tenisowym, który przyciągnie pewnie do kina jakąś część fanów tego sportu. Tak poza tym to kolejna komedia romantyczna, na którą można pójść z koleżanką, dziewczyną, żoną. Osobiście poszedłem do kina ze względu na tenis, który od wielu już lat czynnie uprawiam. Nie jestem w zachwycie, ani się nie zawiodłem, niczego lepszego po prostu po "Wimbledonie" się nie spodziewałem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 33% uznało tę recenzję za pomocną (3 głosy).
stysiek
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)