Recenzja filmu Tańcząc w ciemnościach (2000)
Lars von Trier

Nadużycie emocjonalne

Spośród kilku sceptycznych i negatywnych opinii na temat "Tańcząc w ciemnościach" najbardziej zapadł mi w pamięć głos – a właściwie sformułowanie - Konrada Jerzego Zarębskiego. Krytyk stwierdził, ...
Filmweb sp. z o.o.
Spośród kilku sceptycznych i negatywnych opinii na temat "Tańcząc w ciemnościach" najbardziej zapadł mi w pamięć głos – a właściwie sformułowanie - Konrada Jerzego Zarębskiego. Krytyk stwierdził, że film Larsa von Triera jest jednym z największych nadużyć emocjonalnych w kinie ostatnich lat. Niedawno ponownie obejrzawszy film, zacząłem się zastanawiać, co to znaczy "nadużycie emocjonalne".

Zadałem sobie pytanie o filmy, które zrobiły na mnie druzgoczące wrażenie; o tzw. mocne filmy, które wyczerpały mnie emocjonalnie, których obejrzenie stanowiło przeżycie wręcz traumatyczne. Mogę wymienić naprawdę mało takich dzieł - przede wszystkim "Krótki film o zabijaniu" Krzysztofa Kieślowskiego, "Funny Games" i "Pianistkę" Michaela Haneke. Przekazały mi one coś, co uznaję za prawdziwe, a czego uświadomienie sobie było szczególnie dotkliwe - i stąd tak silnie na mnie oddziaływały. A filmy, które wrażenia takiego na mnie nie zrobiły - spośród tych sławnych i swego czasu dyskutowanych? Na przykład "Requiem dla snu" Darrena Aronofsky’ego, drażniący łopatologią, tendencyjnością. "Tańcząc w ciemnościach" też mnie drażni. I też tendencyjnością.

Ale z Trierem jest trochę inaczej. To znaczy gorzej. O ile bowiem przykładowy "Requiem" jest zrobiony tak w konkretnym celu: ku przestrodze, i te ambicje Aronofsky’ego (pewnie w niejednym wypadku owocne) można i należy docenić, to celu u Triera szukać próżno. Celu - poza chęcią wywołania wzruszenia, poza budowaniem samego wrażenia, które jest czasem wręcz prostacko sterowane i wciąż mocniej i mocniej stymulowane. Określenia wzruszenie i wrażenie są zresztą stanowczo za małe, środki budujące emocje widzów okazały się bowiem tak efektowne, że na reżysera spłynęły laury najbardziej prestiżowego festiwalu filmowego świata; określenia te wydają się eufemizmami również z powodu efektywności "Tańcząc w ciemnościach": znam wypadki spazmów podczas projekcji.

A działo się to na filmie o jakiejś jednostkowej sytuacji. Na filmie, jak się określa jego temat, o poświęceniu - co jest jednak tak ogólne, że podpada pod dorabianie interpretacji, by uzasadnić, że film się po prostu podobał. Bo jak może się podobać film, który nie wiadomo, o czym jest tak naprawdę? A tu nie wiadomo, po prostu i tak naprawdę. Ten film niczego nie rozważa, nie dotyka czegokolwiek, co by przystawało do realiów życia, nie panuje w nim zasada prawdopodobieństwa. Nie może być żadnym exemplum, nie może skłaniać do żadnego uogólnienia.

Oto fabuła (pokażę całą, bo film jest ogólnie znany i przecież nienowy):
Selma pochodzi z Czechosłowacji, czyli biednego kraju komunistycznego w Europie Wschodniej, gdzie nie ma sprzętu ani w ogóle możliwości przeprowadzenia operacji ślepnącego syna. Bo Selma ślepnie i wie, że syna czeka to również. Mimo że już nic a nic nie widzi, pracuje od świtu do głębokiej nocy na amerykańskiej prowincji, aby zarobić na operację. Oczywiście za marne pieniądze, które grosz do grosza składa w szufladzie, oszczędzając na wszystkim, odejmując sobie od ust. A mieszka w przyczepie campingowej u rodziny policjanta, który okazuje się złym, bardzo złym człowiekiem i te pieniądze Selmie kradnie. Selma zabija go, strzelając zresztą kilkakrotnie, jako że przecież nie widzi i trudno jej trafić skutecznie (naturalnie całe to skomplikowane dobijanie zostaje ukazane na ekranie). Odzyskane pieniądze szybciutko zanosi do lekarzy, którzy mimo że nie ma pełnej sumy, godzą się operować syna. Selma nie wyjawia w sądzie motywu zbrodni (czy użyłem właściwego słowa?), decyduje się poświęcić swoje życie. W milczeniu słucha niekończących się i bulwersujących każdego widza oskarżeń. Zostaje skazana na śmierć. Jednakowoż przed samym powieszeniem czeka ją jeszcze koszmarna noc w celi śmierci, gdzie nie słyszy swojej ukochanej, zawsze kojącej, pomagającej oddychać muzyki - tego, co dla niej tworzy muzykę, czyli rytmów (nie wpada niestety na to, żeby troszeczkę odkręcić kran i wsłuchać się w kapiące krople). Sama scena śmierci jest oczywiście bardzo długa; ostatecznie Selma śpiewa na szafocie kołysankę swemu nastoletniemu synowi i podczas jej wykonywania zostaje stracona.

Przyznaję, streściłem tę historię nieco jednostronnie, może nawet ironicznie, złośliwie. Ale przecież trudno mi chyba zarzucić, że coś przekręciłem czy wyolbrzymiłem? Opowieść jest przecież tak właśnie skomponowana, by wszystkie, ale to wszystkie elementy tylko i wyłącznie budowały współczucie dla głównej bohaterki. Splatają się one i dopełniają, by potęgować empatię widza. Dla cierpiącej okrutnie, Bogu ducha winnej Selmy. Matki. Matki niebaczącej na nic prócz dobra jej dziecka.

Ostatnie sceny skłaniały niektórych krytyków-apologetów Triera do porównywania jego utworu z "Krótkim filmem o zabijaniu" - i to zestawienie prowokuje do jeszcze większej złośliwości. Przede wszystkim u Kieślowskiego eksponowanie rozpaczy więźnia i szczegółowe pokazanie jego śmierci czemuś służy: zbudowaniu odniesienia do śmierci taksówkarza. Mamy zrozumieć przerażenie skazanego, odczuć je, odkryć w nim człowieka - i zauważyć, że to, co robi mu państwo, nie różni się od tego, co on sam zrobił i za co został osądzony. Trier natomiast nie mówi w swoim filmie nic. Pozwala sobie przekroczyć granicę wytrzymałości widza, ale to tak potężne nadwyrężanie emocji odbiorcy niczym się nie tłumaczy. Nie zostaje "usprawiedliwione" przez ukazanie jakiejkolwiek idei czy tezy. Całą uwagę odbiorcy skupia to, że Selma jest biedna, niewinna, straszliwie pokrzywdzona, a teraz, na sam koniec, jeszcze krzywdzona sadystycznie przez martwą naturę - zacinający się sprzęt.

Co więcej, z punktu widzenia konstrukcji fabuły okazuje się, że jej rozwiązanie - śmierć postaci - jest wyjściem jedynym możliwym. To tak jak w greckiej tragedii: wszystko zmierza do jednego, jedynie możliwego końca, tylko tu porównanie znowu jest na wyrost, bo - zaznaczam to po raz kolejny, nigdy dość - za "Tańcząc w ciemnościach" nie stoi żaden ładunek intelektualny, a gdzieżby treści metafizyczne. "Tańcząc w ciemnościach" to od początku do końca emocje, Trier nic nie przekazuje, bo przekazać niczego nie chce. Poraża żeby porazić, w czym bardziej przypomina okrutnika, niż wrażliwego, przepojonego ideami humanitarnymi artystę.

Przemek Kaniecki
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 52% uznało tę recenzję za pomocną (96 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)