Recenzja filmu Opowieści z Narnii: Książę Kaspian (2008)
Andrew Adamson
Waldemar Modestowicz

Narnio, przybywam!

Trzy lata temu do kin całego świata zawitała pierwsza pełnometrażowa filmowa adaptacja "Opowieści z Narnii" C.S. Lewisa. Film został przyjęty entuzjastycznie, więc pojawienie się sequela było ...
Filmweb sp. z o.o.
Trzy lata temu do kin całego świata zawitała pierwsza pełnometrażowa filmowa adaptacja "Opowieści z Narnii" C.S. Lewisa. Film został przyjęty entuzjastycznie, więc pojawienie się sequela było tylko kwestią czasu, a faktem stało się to w maju tego roku. Jeśli pierwsza część filmu ci się nie spodobała – możesz śmiało darować sobie zarówno drugi film, jak i tą recenzję. Jeśli jednak kochasz baśnie, wszystkie najważniejsze dzieła z tego gatunku znasz na pamięć, czujesz w sobie coś z dziecka lub po prostu polubiłeś pierwsze "Opowieści z Narnii"... czytaj dalej.


Film zaczyna się niestety tak sobie: oto zły, demoniczny Miraz postanawia zabić swojego bratanka, Kaspiana, aby zyskać pełnię władzy. Zagrywka ta, zarówno w literaturze jak i w kinie, jest stara i strasznie oklepana – nie trzeba szukać długo, aby w wielu innych filmach znaleźć ten sam schemat, czego przykładem niech będzie inny film Disneya – "Król Lew". Kaspianowi jednak udaje się uciec, a potem także za pomocą magicznego rogu wezwać z powrotem do Narnii jej czterech dawnych władców – rodzeństwo Pevensie, które było bohaterami pierwszej części filmu. Tak więc rodzeństwo wraca do magicznej krainy, wędruje po lesie, znajduje dalekiego krewnego Koszałka-Opałka o mętnym spojrzeniu, by wraz z nim dalej wędrować po lesie, zmagając się z trudnym terenem (ech, te nasze polskie krajobrazy – jak widać nie tylko drogi mamy nieprzejezdne) i licznymi niebezpieczeństwami.


Czujecie negatywny wydźwięk tegoż tekstu? I niestety odzwierciedla on moje wrażenia z pierwszej godziny filmu. Jak to mówił słynny Hitchcock – film powinien się zaczynać trzęsieniem ziemi, a potem napięcie winno wzrastać. Mieliśmy to w szczątkowej formie w pierwszej części filmu, w dwójce tego zabrakło – przez pierwszą godzinę film jest nudny i pełen dziecinnych dialogów (Dlaczego ty widziałaś Aslana, a ja nie? Bo tak! A nie! A tak! A nie widziałaś! A właśnie że widziałam!). Gdyby film dalej wyglądał tak jak wtedy, recenzja zaczynała by się od słów „Hrrrrr… Co? Co, już koniec?”. Po poza pięknymi krajobrazami (w tym naszymi polskimi) w zasadzie nie ma na czym oka zawiesić. Ma w tym udział także Zuzanna, która zamiast pięknie się prezentować i przyciągać wzrok, wygląda niczym nieudany eksperyment genetyczny pijanego weterynarza. Moim zdaniem oczywiście.


Od scen ucieczki Kaspiana przez las oraz sielankową wycieczkę po lesie w wykonaniu Łucji, wreszcie odnosimy wrażenie, że oto wraz z bohaterami wróciliśmy do Narnii. – bo od tego momentu film zmienia się diametralnie! Drużyna pierścienia… ups, przepraszam – dawni królowie Narnii spotykają resztę ekipy bohaterów pozytywnych i - oprócz Kaspiana - pięknych inaczej, w tym wymachujące szpadami małe myszy o wielkich sercach, i borsuka ze strzałą (nie „Amora” ) w zadku. Zwierzątka (oraz Kaspian i rodzeństwo Pevensie) razem jednoczą się, by walczyć z bezwzględnym uzurpatorem Narnii, który, jak widać, zwierzątek nie lubi i za cel wybrał sobie przerobienie ich wszystkich na obicia do kanap. Zamiar wielki, ale jak to w bajkach bywa, skazany na porażkę, a dzielne zwierzątka i tak będą górą.


Powiedziałem już, że film się zmienia. I to zmienia się na lepsze! Cała reszta tego ponad dwugodzinnego seansu to film, który naprawdę robi olbrzymie wrażenie. Niby trochę szkoda tej spokojnej atmosfery i pięknych, w tym także polskich, krajobrazów (jak widać patriota ze mnie pełną gębą), które towarzyszyły nam na początku i mimo wszystko miały swój urok, a teraz w zasadzie znikają bezpowrotnie, na rzecz akcji, łupaniny, mordobicia i tym podobnych przyjemności.
Mamy wiec atak za twierdzę, ucieczkę z twierdzy, oblężenie ruin, ucieczkę z ruin… brzmi monotonnie, ale każda z tych dużych scen została nakręcona z wielkim rozmachem i wszystkie robią duże wrażenie. Owszem, nieraz odnosi się wrażenie, że Andrew Adamson i jego ekipa nie potrafili wypracować własnego stylu, przez co zarówno budowle, jak i sposób przedstawienia starć obu armii dziwnie kojarzą się z "Władcą Pierścieni" Petera Jacksona. Niby chyba nie ma nic złego w wzorowaniu się na najlepszych… ale chyba jednak nie tędy droga. Mimo wszystko scenom tym nie mam w zasadzie nic do zarzucenia.


Za muzykę ponownie odpowiada Harry Gregson-Williams i, podobnie jak w przypadku części pierwszej, stworzył bardzo dobry, pasujący do filmu soundtrack. Sprawnie łączy on dwa style dwóch innych wielkich kompozytorów muzyki filmowej – Johna Williamsa (główne brzmienia oraz muzyka w scenach akcji) oraz Hansa Zimmera (muzyka drugiego tła oraz wypełniacze). Dzięki temu OST tego filmu jest naprawdę dobry – nie rewelacyjny, ale naprawdę dobry, i swoją rolę spełnia znakomicie. Zaś efekty specjalne są po prostu bardzo dobre, momentami wręcz świetne… i wydaje mi się, że nie ma sensu pisać o nich więcej. W każdym razie – robią wrażenie!


Obsada filmu prezentuje się niestety tak sobie. Ben Barnes jest aktorem bardzo przystojnym, nie dziwi więc fakt, że u większości damskiej widowni wywołuje drgawki i ślinotok. Dobre kreacje stworzyli także Sergio Castellitto jako Król Miraz, Pierfrancesco Favino jako lord/generał Glozelle oraz aktor wcielający się w krasnala, towarzyszącego rodzeństwu Pevensie podczas wędrówki przez Narnię. Zwłaszcza ta ostatnia postać, choć niepozorna wzrostem, prezentuje najwyższy poziom gry aktorskiej, przejawiającej się w zwłaszcza w mimice. Epizodyczny występ Tildy Swinton jako białej czarownicy także nie rozczarowuje. Natomiast znaczna większość pozostałych postaci w filmie… powiem tylko i jednocześnie ponarzekam, że w filmie tym nie było ani jednej ładnej przedstawicielki płci pięknej (a to określenie do czegoś zobowiązuje). Co myślę o Zuzannie, powiedziałem już wcześniej.


Podczas tych ponad dwóch godzin seansu film zmienił się diametralnie – z co najwyżej niezłego, stał się tak nagle naprawdę bardzo dobry. Zwłaszcza druga połowa prezentuje się świetnie, a piękne krajobrazy sprawiają, że i pierwszą połowę – choć sprawia wrażenie gorszej niż druga – ogląda się z przyjemnością. "Opowieści z Narnii: Książę Kaspian" to świetna, magiczna opowieść z gatunku baśniowego fantasy (gdyby rozpatrywać ten film w ogólnej kategorii fantasy – wypadałby raczej średnio), która zabierze Was w niezwykły świat przygód i czarów, i pozwoli miło spędzić czas w kinie.


Owszem, ponarzekałem na pierwszą połowę, ale nawet i ją oglądało mi się ją niezwykle przyjemnie. Może i nie bawiłem się na najnowszych "Opowieściach z Narnii" równie dobrze jak na skrajnie rozrywkowym "Indianie Jonesie 4", ale nie mam wątpliwości, że w ogólnych rozrachunku tych dwóch filmów to właśnie "Książę Kaspian" wypada lepiej. Jest to przy tym dobra ekranizacja książki o tym samym tytule, ale i dobry film w ogóle! Jak najbardziej godny obejrzenia przez wszystkich – myślę, że każdy z Was znajdzie w nim coś dla siebie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 56% uznało tę recenzję za pomocną (16 głosów).
JaszczurXP
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie
o