Recenzja filmu Gladiator (2000)
Ridley Scott

Nasze czyny za życia brzmią echem w wieczności

"Nasze czyny za życia brzmią echem w wieczności". Te słowa może z czystym sumieniem wypowiedzieć Ridley Scott. Po raz kolejny udało mu się potwierdzić przydomek, którym go w Hollywood obdarzono - ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Gladiator (2000)
"Nasze czyny za życia brzmią echem w wieczności". Te słowa może z czystym sumieniem wypowiedzieć Ridley Scott. Po raz kolejny udało mu się potwierdzić przydomek, którym go w Hollywood obdarzono - "twórca światów". Po "Obcym", "Blade Runnerze" i "Thelma i Louise" przyszedł "Gladiator". To jeden z tych filmów, o którym wszyscy, co choć trochę interesują się kinem słyszeli. Trudno bowiem przejść obojętnie obok takiego dzieła. Ridley Scott dzięki ciężkiej pracy całego zespołu, ożywił dawno upadły świat starożytnego Rzymu, w czasach jego największej potęgi. I to w jaki sposób! "Gladiatora" ogląda się z zapartym tchem i 155 minut projekcji mija prawie niepostrzeżenie. Film wypełniony jest akcją od samego początku po ostatnie minuty seansu.

Jeśli chodzi o scenariusz (John Logan, William Nicholson i David Franzoni), to tak naprawdę trudno mu coś zarzucić. Jest bardzo dobry i ciekawy, choć przez niektórych uważany za płytki i banalny. Historia generała Maximusa (Russell Crowe) jest fascynująca. Traci on wszystko - pozycję, dom, rodzinę. Staje się gladiatorem, ulubieńcem tłumów, będącym w stanie sprzeciwić się cezarowi. W końcu Maximusem a cezarem - Commodusem (Joaquin Phoenix) dochodzi do rozstrzygającej walki.

Przede wszystkim jest to film "męski". Osoby o słabszych nerwach, które nie mogą patrzeć na krew ściekającą z ekranu, powinny raczej zostać w domu. Ale myliłby się ten, kto uważa, że jedynie "brzydsza płeć" powinna obejrzeć to widowisko. Nie tylko nakręcone z zapierającym dech w piersiach rozmachem sceny walki Rzymian z Germanami, czy też gladiatorów składają się na ten przejmujący obraz. Jest też miłość mężczyzny do swojej rodziny, która daje mu siłę pozwalającą na dokonywanie rzeczy niemal nadludzkich, jest też nigdy nie wygasły płomyk uczucia do dawnej ukochanej (Connie Nielsen), jest wreszcie stojący nade wszystko honor. Jak przyjemnie było patrzeć na kogoś z niezłomnym zasadami, twardego faceta, który nie waha się okazywać uczuć i bólu, który za swoje idee gotów jest oddać życie. "Żyję po to, aby was uściskać" - słowa zapadające głęboko w pamięć każdego prawdziwego męża i ojca.

Trudno nie zauważyć niesamowitego realizmu filmu, który zapiera dech w piersiach. Na ekranie króluje rozmach, a od niektórych scen nie można oderwać oczu. Ujęcia zmieniają się w ekspresowym tempie i niejednokrotnie nie jest w stanie nadążyć za pokazywanym obrazem. Dzięki temu reżyserowi udało się przedstawić prawdziwy chaos, jakim jest bitwa czy walka gladiatorów, gdzie nie ma żadnych zasad, a liczy się tylko szybkość i sprawność fizyczna. Niesamowite było dla mnie również pokazanie scen z wiecznego miasta - Rzymu. Trudno nie odnieść wrażenia, że oto za sprawą jakiejś magii przenieśliśmy się kilkanaście wieków wstecz i jesteśmy naocznymi świadkami przedstawionych wydarzeń. Scena wjazdu Commodusa do Rzymu była imponująca. Zadbano w niej o najmniejsze szczegóły architektury ówczesnego Rzymu, która nienadgryziona zębem czasu i turystyczną szarańczą przypominała o swej dawnej świetności. Do tego jeszcze doskonała oprawa muzyczna (Hans Zimmer), dyrygująca nastrojami widzów. Jestem pod ogromnym wrażeniem ścieżki dźwiękowej. Niesamowicie ubarwiała wzruszające momenty. Gdy zobaczyłam, jak Maximus rozpacza po stracie żony i synka, w oczach zakręciły mi się łzy. On płakał. Mężczyzna płakał ,i to było o wiele bardziej wzruszające niż tysiące słów mówionych zwykle w takich chwilach. Życie to tylko proch i cień...

Na nic zdałoby się jednak piękno wizualne i dopracowanie najdrobniejszych szczegółów, gdyby nieinteresująca fabuła, no i oczywiście kreacje aktorskie. Mam tu na myśli naturalnie Russella Crowe w głównej roli, który stworzył jedną z najlepszych kreacji w swojej karierze. Z jego twarzy można odczytać wszystko: ból, smutek, a także szlachetność i niezwykłą determinację, pragnienie zemsty. Maximus w jego wykonaniu to twardy i niezłomny żołnierz, ale też kochający swoją rodzinę ojciec i mąż, który nad "wojaczkę" przekłada spokój ogniska domowego. Ciekawą postać stworzył Joaquin Phoenix. Jako Commodus największy wróg Maximusa wypadł znakomicie. Wywołuje w widzu bardzo różne uczucia: od odrazy po współczucie. Phoenix doskonale sprawdził się w roli czarnego charakteru. Patrząc na niego ani przez chwilę nie wątpimy, że mamy do czynienia z człowiekiem gotowym na wszystko. Każdy jego gest, uśmiech, spojrzenie, wszystko to jest podszyte jakimś wewnętrznym złem. Ale patrząc na całość z perspektywy Commodusa, film odbieramy nieco inaczej. Przyznaję, jest to postać nielubiana, ale trzeba pojąć tę miłość, która z czasem (niedostrzegana przez nikogo, nikogo szczególności ojca) staje się wypaczona.

Każdy miłośnik filmów na pewno zwróci uwagę na dwóch aktorów starszego pokolenia, którzy w "Gladiatorze" stworzyli doskonałe kreacje - Olivera Reeda jako Proximo oraz Richarda Harrisa w roli Marka Aureliusza.

"Gladiator" to film bardzo dobry. Jest świetnie zrealizowany, zarówno od strony technicznej, jak i fabularnej. To historia, w której słowa przyjaźń i miłość, a nawet śmierć nabierają innego, pięknego wymiaru i "bez względu na to, co wyjdzie z tych drzwi musimy trzymać się razem" jest równie wspaniałe i budzące dreszcz emocji, co "za odrobinę twojej miłości wyrżnąłbym cały świat", choć to drugie tragiczne i przerażające. Film bardzo mi się podobał i z chęcią obejrzałabym go jeszcze raz. Nie wyobrażam sobie, by jakiemukolwiek wielbicielowi kina nie przypadł do gustu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 78% uznało tę recenzję za pomocną (27 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (11)

zobacz wszystkie