Recenzja filmu Wzgórza mają oczy (2006)
Alexandre Aja

Nie ma zmiłuj

Remake'i na dobre zagościły w zachodniej kinematografii, w której, zwłaszcza w latach ostatnich, można zaobserwować ich istny wysyp. Studia filmowe bez dłuższego zastanowienia są gotowe wyłożyć ...
Filmweb sp. z o.o.
Remake'i na dobre zagościły w zachodniej kinematografii, w której, zwłaszcza w latach ostatnich, można zaobserwować ich istny wysyp. Studia filmowe bez dłuższego zastanowienia są gotowe wyłożyć kasę na każdy odgrzewany kotlet, który ma choćby nikłą szansę się sprzedać. Jednocześnie jakość tych powtórek z rozrywki z reguły pozostawia wiele do życzenia, że posłużę się takim eufemistycznym stwierdzeniem. W pełni udane próby odświeżenia chwytliwego tematu sprzed lat to prawdziwa rzadkość. Takimi wyjątkami od przykrej reguły są tytuły w rodzaju "Człowieka z blizną" czy "Coś" Carpentera - żelazne argumenty w każdej dyskusji na temat przydatności remake'ów. Istnieją jednak inne, może nie tak wybitne pozycje, które jednak świadczyć mogą o tym, że to, co już było, można podać na nowo z niezłym skutkiem i będzie ów zabieg miał swoją zasadność. Tytułem, który w moim odczuciu świetnie ilustruje ową tezę jest "Wzgórza mają oczy" Alexandre Aji.

Najpierw był głośny horror Wesa Cravena z 1977 roku, często określany jako odpowiedź tego reżysera na "Teksańską masakrę piłą mechaniczną". Zrealizowany za niewielkie pieniądze obraz opowiadał o czyhających pośród pustynnych wzgórz mutantach - kanibalach, którzy zastawiają sidła na Bogu ducha winną amerykańską familię. Dziś ta pozycja to jeden z klasyków gatunku, co nie zmienia faktu, że pod wieloma względami zdążyła się ona poważnie postarzeć. Mimo tego, jak nietrudno się domyślić, byłem daleki od zachwytu, gdy doszły mnie słuchy o planowanym remake'u dzieła Cravena.

Pod względem fabuły wiele się tu nie zmieniło: znów jest rodzina Carterów na swej drodze do Kalifornii. I znów na środku pustkowia w Nowym Meksyku ulegają oni wypadkowi i stają się łatwym celem dla bandy zdegenerowanych odszczepieńców, których główną rozrywką jest znęcanie się nad nierozważnymi turystami. Do najważniejszych innowacji należy tu rozbudowanie tła, jakim są próby nuklearne rządu amerykańskiego z lat 50-tych, które miały doprowadzić do narodzin generacji krwiożerczych mutantów oraz znaczne rozszerzenie właściwej części akcji skupiającej się na starciu ze zdziczałymi napastnikami...

Nie będę owijał w bawełnę: "Wzgórza mają oczy" AD 2006 to, zwłaszcza jak na dzisiejsze standardy, remake wzorcowy. Wzorcowy, bo nie tylko nie psuje dobrej pamięci o oryginale, ale znacznie go przewyższa. Film Cravena oglądany z perspektywy czasu pozostawia uczucie niedosytu, brak mu siły i niepokoju, które choćby wciąż są udziałem wcześniejszego o trzy lata obrazu Hoopera, z którym polemiki się podejmował. Tymczasem Aja, który wcześniej zasłynął w swej ojczyźnie nad wyraz udanym "Haute Tension", postanowił podejść do utworu wyjściowego z należnym szacunkiem, a jednocześnie wycisnąć z niego wszystko, co najlepsze, i takowe elementy uwypuklić. Dlatego też w nowej wersji tematu wyjątkowo wyraźnie wyeksploatowany został motyw zemsty. To niewątpliwie był strzał w dziesiątkę.

Początek jest tu obiecujący: zaczyna się od małej masakry, a potem widz zostaje potraktowany rzewną piosenką w wykonaniu jednego z najpopularniejszych bardów muzyki country lat 50-tych Webba Pierce'a. Później następuje mocno rozbudowane zawiązanie akcji, w trakcie którego poznajemy wszystkie postacie dramatu, a napięcie cały czas rośnie. Rośnie, aby skumulowane wybuchnąć (także dosłownie) w końcu podczas brutalnego ataku ze strony wyczekiwanych (przez widzów, rzecz jasna) przybyszy. Jest śmierć, łzy, cierpienie i bezradność. Są wszystkie składniki niezbędne do należytego podbudowania i uzasadnienia bezlitosnej, soczystej zemsty. I takową też otrzymujemy. Wymierzona przez safandułowatego okularnika - przeciętniaka ma jeszcze konkretniejszą wymowę i dostarcza jeszcze większej przyjemności. Dla wielu mogę się w tym momencie posunąć zbyt daleko, ale mym skromnym zdaniem satysfakcja jest tu porównywalna z tą, którą odczuwamy w finałowej fazie majstersztyku Sama Peckinpaha pt. "Nędzne psy".

Sugestywny klimat (świetne są zwłaszcza sceny na terenie "miasteczka eksperymentalnego"), solidna dawka krwistego gore i dramatyzm - te elementy składają się na sukces filmu Aji. Oryginałowi sprzed ponad trzydziestu lat brakowało przede wszystkim mocnego uderzenia. A importowany z Francji reżyser wyśmienicie owe braki wyczuł. I dostarczył zarazem jeden z najciekawszych filmów grozy dekady. Swego czasu uznałem "Wzgórza mają oczy" za dobry omen gatunku, licząc na to, że w świecie horroru znów lepiej będzie się działo. Cóż, nadzieje płonne..
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 79% uznało tę recenzję za pomocną (24 głosy).
Caligula
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)