Recenzja filmu Biegnij, chłopcze, biegnij (2013)

Nieboska tragedia

W "Biegnij, chłopcze, biegnij" Pepe Danquart stawia widza w obliczu emocjonalnego szantażu. Ochoczo uderza w patetyczne tony, a jednocześnie nie potrafi odtworzyć na ekranie dramatu młodego bohatera. Zamiast rozdrapywać rany, scena po scenie pacyfikuje okołowojenne traumy, rozdzielając racje i razy. Są tu dzielni Polacy ratujący Żydów i podli szmalcownicy, są brutalni chłopi, szlachetny doktor i kobieta przemycająca jedzenie dla małego uciekiniera ("Jedz, przecież Żydzi to też ludzie" – mówi). Reżyser miota się między wojenną tragedią i przygodowym filmem dla młodzieży, a jednocześnie zaniedbuje filmową dramaturgię.


Danquart miał w rękach materiał na dużo ciekawszy film, ale opowieść o małym chłopcu, który w imię przetrwania musi na czas wojny wyrzec się swej żydowskości, potraktował nieco bezrefleksyjnie. Nie ma tu dramatu tożsamości, jest teatr sensacji, w którym jedynym pytaniem jest to, czy bohaterowi uda się przetrwać. Mały Srulik staje się pionkiem na planszy w historyczno-filmowej grze. Reżyser rzuca więc chłopca w odmęty wojny, by pokazać całą jej grozę i przebieg (razi historyczna nadświadomość bohaterów).

Danquart wpada przy tym w narracyjną pętlę. Każda kolejna sekwencja toczy się wedle tego samego scenariusza i rytmu. Uciekający przed Niemcami Srulik trafia do kolejnych gospodarzy, by po jakimś czasie zostać zmuszonym do ucieczki. Wędruje i znowu trafia do mniej lub bardziej gościnnego domu. Tu schemat się powtarza. Adaptując powieść Uriego Oleva, Danquart próbuje uczynić z niego holocaustową "Boską komedię", której bohater zabiera nas do kolejnych kręgów piekieł. Problem w tym, że każde z nich wygląda dokładnie tak samo. Danquart nie strukturalizuje bowiem swojej opowieści i całkowicie poddaje się logice historycznych wydarzeń.


Choć "Biegnij, chłopcze, biegnij" próbuje być obrazem realistycznym, raz po raz stacza się w stronę kiczowatej pocztówki – efektownej, ale wypranej z prawdy. Nad obrazem Danquarta unosi się bowiem nimb sztuczności, a kwintesencją fałszu jest scena, w której Grażyna Szapołowska jako prowincjonalna sklepikarka rozsiada się na sklepowej szafce w pozie przedwojennej diwy. Bo w "Biegnij, chłopcze, biegnij" inscenizacja zostaje zastąpiona przez sztuczne pozy, a emocje publiczności stają się narzędziem reżyserskiego szantażu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 58% uznało tę recenzję za pomocną (184 głosy).
Bartosz Staszczyszyn
ocenia ten film na:
2/10 bardzo zły
o