Recenzja filmu Grizzly Man (2005)
Werner Herzog

Nieodwzajemniona miłość

Timothy Treadwell na zawsze pozostanie w pamięci jako ten, którego bezgraniczna miłość do niedźwiedzi grizzly zaprowadziła wprost do paszczy jednego z nich. Rozemocjonowany blondyn, którego ...
Filmweb sp. z o.o.
Timothy Treadwell na zawsze pozostanie w pamięci jako ten, którego bezgraniczna miłość do niedźwiedzi grizzly zaprowadziła wprost do paszczy jednego z nich. Rozemocjonowany blondyn, którego aparycja, żywiołowość i fryzura mogą budzić w polskim odbiorcy niezdrowe skojarzenia z pewnym internetowym twórcą piosenek, był bowiem nad wyraz niekonwencjonalnym badaczem tych olbrzymich amerykańskich bestii. Po prawdzie, to sam nie określiłby ich bestiami, tylko przyjaciółmi, a siebie nie badaczem, tylko najprawdopodobniej strażnikiem, w każdym razie zbliżanie się bez jakiejkolwiek broni do kilkusetkilogramowych misiów na odległość chociażby kilkudziesięciu metrów, może mocno zmieszać wrosłą w fotel cywilizacyjną kluskę – współczesnego burżuja. A tak właśnie postępował Timothy Treadwell. Co tam kilkadziesiąt metrów! Strażnik Świątyni (tak zwykł był nazywać rejon, którym się, wedle własnego wyobrażenia, opiekował) brał wspólną kąpiel z niedźwiedziami, podchodził do nich na wyciągnięcie ręki, rozbijał obozowiska na szlaku ich wędrówek. Nie baraszkował z nimi wprawdzie, jak Shaun Ellis czy Werner Freund z wilkami, acz i na to miał wyraźną chętkę. Miłośnik przyrody, szalony ekolog, genialny przyrodnik?

Nie, nic z tych rzeczy. Nie z perspektywy Wernera Herzoga i nie w jego dokumencie. Wprawdzie "Grizzly Man" składa się w dużej części z fragmentów zarejestrowanych przez samego Treadwella, w których to niedźwiedzi i przyrody jest pod dostatkiem, ale niemiecki reżyser wyłuskał coś innego. Może nie było to nawet trudne do zrobienia, a już na pewno nie niezwyczajne dla tego twórcy. Bo owszem, tradycyjnie już Herzogowi przypisywano i przypisuje się pewną atencję dla świata przyrody, ale w rzeczywistości jest on prawie zawsze tylko tłem, na którym wyeksponowany zostaje ludzki dramat i ludzkie pasje. Podobnie jest w tym filmie. Nie jest to dzieło o mistycznej relacji przyrodnika z naturą, ale o zagubieniu człowieka i ucieczce ze świata, z którym nie był w stanie sobie poradzić. I taki dramat, takie problemy, przeżywa wielu ludzi, nie tylko tych, którzy stają kilka metrów od niedźwiedzia grizzly. Różne są drogi ucieczki.

Treadwell już wcześniej uciekał. W alkohol i narkotyki. Pogrążał się coraz bardziej i był o krok od śmierci, chociaż, gdyby patrzeć na to w tych kategoriach, tj. w kategoriach zdrowotnych, to skończył ostatecznie jeszcze marniej. Można zatem spróbować powiedzieć, że odnalazł coś innego i ważniejszego. Że odnalazł siebie, że odnalazł sens i spokój. Że niedźwiedzie stały się tym idealnym substytutem dla złudnych powabów cywilizacji z jej używkami i pogonią za uciechami. No właśnie, ale czy rzeczywiście tak się stało? I inne pytanie: czy w ogóle mogło się tak stać? Nie wiem, jak większość ludzi odpowiedziałaby na drugie pytanie, ale podejrzewam, że na pierwsze odpowiedź byłaby na ogół negatywna. I to świadczy o tym, jak tragiczną postacią był Treadwell, a przy okazji poniekąd daje dowód wielkości samego dokumentu. A to dlatego, że tę dwuznaczność, którą Timothy nosił w sobie do końca, "Grizzly Man" pokazuje tak dobrze.  Bo strażnik niedźwiedzi aż do feralnego finału, pozostał wewnętrznie rozjątrzony, niepogodzony i zantagonizowany ze światem ludzi, zapętlony w dialogu, a właściwie monologu, z samym sobą. Herzog w pewnym momencie porównuje postrzępione lodowymi skałami wzgórza do duszy głównego bohatera. Im dłużej trwa film, tym boleśniej się go ogląda, tym bardziej uderza desperacka walka Timothy'ego o własną tożsamość. Im bliżej dzikich bestii - w oczach których niemiecki reżyser widzi tylko bezmyślny instynkt - tym dalej od ludzi, tym więcej frustracji i niechęci do cywilizacji i drugiego człowieka.

A przecież to człowiek pozostał z Treadwellem do samego końca, do tak tragicznego i okrutnego końca. Mowa o Amy Huguenard, która była z Timothym podczas ostatniej wyprawy i wróciła z nim do Labiryntu Grizzly w najniebezpieczniejszym okresie, kiedy większość znanych im niedźwiedzi zapadła już w sen zimowy, a z innych rejonów nadciągnęły wygłodniałe i bardziej agresywne zwierzęta. Amy, jak informowała w swoim dzienniku, nie miała zaufania do niedźwiedzi, miała go jednak wystarczająco dużo dla samego Treadwella. Ciężko powiedzieć zresztą, jaką rolę odegrała tu naiwność i ufność, a jaką chęć opieki nad człowiekiem, który dawał coraz wyraźniejsze sygnały dążenia do autodestrukcji. Huguenard nie jest bohaterką tego dokumentu, aczkolwiek Herzog nie zlekceważył jej postaci, uchwycił w ludzkich rysach i dla każdej osoby o chociażby śladowych pokładach empatii bądź wyobraźni Amy nie może pozostać zupełnie obojętna. Problem w tym, że ironią, mimo wszystko, nie jest tu nawet fakt, że człowiek z patelnią w ręce próbował bronić – choć mógł uciekać – przed kilkusetkilogramową bestią drugiego człowieka – chorego z miłości do niedźwiedzi i niechętnego ludziom. Ironią jest to, że ten drugi człowiek, czyli Timothy Treadwell, brał pod uwagę taki koniec swojej miłości do niedźwiedzi, ba, nawet, jak sugeruje Herzog, dążył do niego mniej lub bardziej świadomie. Powstaje więc pytanie, czy Timothy w tych ostatnich chwilach zobaczył wreszcie przed sobą prawdziwe oblicze niedźwiedzi, to jest prymitywną i ślepą naturę, a może tylko ukoronowanie swojej misji i życia? Czy gdyby oboje (albo tylko on) przeżyli ten atak, odświeżyłoby to jego spojrzenie, wyleczyło duszę i pokazało, gdzie powinien zwrócić swój wzrok? Ciężko o tym wyrokować z całą pewnością, ja jednak wątpię.

Powiedzmy jeszcze słowo o reżyserze dokumentu, bo bez niego nie byłby on tak piękny. W trakcie oglądania "Grizzly Mana" raz jeszcze przekonałem się, że wśród dokumentalistów Werner Herzog ma prawo zajmować jedno z wyższych miejsc. Potrafi narzucić swojemu obrazowi pewną myśl, pewną oś konstrukcyjną, w tym przypadku są nią problemy psychiczne i zagubienie głównego bohatera, ale robi to jednak bardzo subtelnie. Herzog nie wtrąca się często – chwała mu za to – i łatwo udaje mu się tworzyć w swoich filmach odpowiedni podkład do budowania paralel, tych najgłębszych, sięgających istoty człowieczeństwa, składających się z namiętności, pragnień i niepowodzeń. Naturalnie, że niewielu z nas obcuje na co dzień z niedźwiedziami, ale przecież pod egzotyczną powierzchnią znajdowały się uczucia łączące Treadwella z innymi. U źródeł leżała w końcu próba odnalezienia siebie i swojej tożsamości. Kontakt z niedźwiedziami i naturą jest w dokumencie Herzoga wtórny wobec tych poszukiwań. Wtórny wobec człowieka i opowieści o nim. "Grizzly Man" to dokument pasjonujący, nie tyle przez przewijające się w tle niedźwiedzie, ale przez protagonistę – Timothy'ego Treadwella. I dlatego warto ten film obejrzeć, co nawiasem mówiąc, nie oznacza też, że niepowtarzalne zdjęcia przyrody i niedźwiedzi nie mają wartości. Można je potraktować jako wisienkę na torcie albo poetycki dodatek do tej tragicznej historii. Polecam.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).
Macabre
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

o