Recenzja filmu Szkoła uwodzenia Czesława M. (2016)

Nieudany podryw

Nic tak nie boli jak oglądanie filmu, który nie zachwyca, choć powinien. Twórcami "Szkoły uwodzenia Czesława M." kierowała szlachetna intencja, by przeszczepić na polski grunt dobre zagraniczne wzorce. W debiucie Aleksandra Dembskiego czuć inspirację zarówno smutnymi skandynawskimi komediami, brytyjskim kinem społecznym "ku pokrzepieniu serc", jak i prześmiewczymi amerykańskimi mockumentami o kulisach branży rozrywkowej. Trochę tu "Fúsiego", trochę "Goło i wesoło" oraz "Oto Spinal Tap". Brakuje tylko pomysłu na to, jak połączyć to wszystko w zgrabną całość. W efekcie "Szkoła" rozpada się na kilka filmów, z których żaden nie doczekuje się satysfakcjonującego rozwinięcia. 

photo.title

Po pierwsze, mamy tu historię Czesława M. – cierpiącego na kryzys twórczy znanego piosenkarza, który w ekspresowym tempie z pupilka show biznesu zamienia się w jego pośmiewisko. Jest też opowieść o parze stoczniowców próbujących rozkręcić własny interes po tym, jak zostali zwolnieni z pracy. Wreszcie w dziele Dembskiego znajdziemy wątek spragnionych miłości samotników starających się za wszelką cenę wyrwać z objęć depresji. Przy pomocy każdej z tych fabularnych nitek można było uszyć inny film. Na przykład feel-good movie o przedstawicielach klasy robotniczej walczących o lepsze jutro dla siebie i swoich bliskich. Albo słodko-gorzką komedię o tym, jak arogancki król życia odbiera na prowincji lekcję pokory. Ewentualnie ostrą jak brzytwa i przenikliwą niczym rentgen satyrę na świat celebrytów. Do tego byłby jednak potrzebny prawdziwy scenariusz, a nie zbiór średnio zabawnych anegdot.

Dembski najwyraźniejszej uwierzył w to, że Czesław Mozil "zrobi" mu cały film. Że jego charyzma, sceniczny charm i ekscentryzmy odwrócą uwagę widza od dziur w fabule oraz drętwych dialogów. Piosenkarz rzeczywiście daje z siebie wiele. Drwi z wykreowanego przez tabloidy wizerunku imprezowicza i seksoholika, przypomina, że ma na koncie zaledwie jeden prawdziwy przebój, a jego umiejętności wokalne pozostawiają wiele do życzenia. Ponadto udało mu się zaprosić do występu przed kamerą kilku popularnych znajomych (m.in. Krzysztofa Maternę, Nergala i Artura Andrusa). Poświęcenie Mozila ostatecznie idzie jednak na marne. Reżyser co rusz skupia się bowiem na innych bohaterach, przez co M. schodzi na dalszy plan. Dobrze chociaż, że autor "Maszynki do świerkania" miał pełną kontrolę nad oprawą muzyczną filmu. Dzięki temu doczekaliśmy się paru świetnych coverów piosenek Andrzeja Zauchy, Ireny Jarockiej i zespołu Akurat.

"Szkoła uwodzenia" mogła być wdzięczną alternatywą dla bitych od sztancy rodzimych komedii romantycznych. Powstał film, który ostatecznie dał mniej, niż obiecywał. Mimo wszystko należy cieszyć się, że polskie kino rozrywkowe szuka innej poetyki i tematów do fabuł. "Szkoła uwodzenia" zwiastuje nową szkołę.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (20 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
4/10 ujdzie
o