Recenzja filmu Ray (2004)
Taylor Hackford

Niewidoma rewelacja

Najpierw BAFTA, potem Złoty Glob i w końcu Oskar dla mało znanego aktora, Jamie Foxxa. Aktor wcześniej nie dawał się poznać szerszej publiczności. Właściwie znamy go od roli w "Zakładniku" ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Ray (2004)
Najpierw BAFTA, potem Złoty Glob i w końcu Oskar dla mało znanego aktora, Jamie Foxxa. Aktor wcześniej nie dawał się poznać szerszej publiczności. Właściwie znamy go od roli w "Zakładniku" Michaela Manna. Dzięki roli w filmie "Ray" zyskał światową sławę.

Sam pomysł na zrobienie filmu wydaje się niezbyt skomplikowany, wystarczyło znaleźć pierwsze cztery biografie, zgrabnie je połączyć i przenieść na ekran. Powstaje pytanie: z jakim skutkiem? Musimy wiedzieć, że biorąc się za czyjąś biografię, należy zwrócić uwagę na wiele "szczegółów". Mowa tu o szczegółach życia Raya Charlesa. Te szczegóły zostały przedstawione w "Rayu", a to dzięki reżyserowi - Taylorowi Hackfordowi.

Zaraz na początku filmu czujemy niesamowitą atmosferę lat 50-tych. Nowe (stare) budynki, nowe (stare) samochody, a w tle nostalgiczna jazzowa muzyka Raya Charlesa. Ta atmosfera pozwala widzowi na utożsamienie się z tamtymi czasami. Przedstawione zostają losy Raya, który jest oficjalnym bohaterem obrazu. Cichym bohaterem jest natomiast muzyka, która jest wszechobecna. Można powiedzieć, że jest cieniem głównej postaci.

Widzimy jak się rodzi, jak rozwija, ale się nie kończy (jest wieczna). Śmiało możemy ją upersonifikować, bowiem muzyka ma wiele cech wspólnych z człowiekiem, tak samo jak człowiek jest poddawana wielu próbom i wyzwaniom. Tak samo jak człowiek musi odpowiadać na wiele pytań.

Ciekawą rzeczą był powrót do przeszłości Raya, a mianowicie do jego dzieciństwa, które stanowiło podłoże filmu. W ten sposób dowiadujemy się, w jaki sposób Ray stracił wzrok (fakt ten jest bardzo istotny dla filmu). Także dowiadujemy się o tragedii, jaka przytrafiła się bohaterowi. Mowa tu o śmierci brata Raya, który zginął w bardzo niemiłych okolicznościach. To wydarzenie bardzo mocno wpływa na Raya, co można zauważyć w dalszych częściach filmu. Ray jest przedstawiony jako człowiek "silny ale słaby", "cichy ale głośny". Jest człowiekiem który popada z jednej skrajności w drugą - aż w końcu dokonuje wyboru, które niekoniecznie jest dobry.

Hackford pokazał, że umie straszyć, tak jak w "Adwokacie Diabła", jednak nie musiał tego specjalnie pokazywać w "Rayu". Miałem wrażenie, że Hackford chciał zerwać z utartym schematem filmów biograficznych, których celem jest pokazanie życia, twórczości jakiejś znanej osoby. Czy to urozmaicenie było konieczne? Zostawiam to ocenie publiczności.

Jedno jest pewne, Hackford nie osiągnąłby takiego rezultatu, gdyby nie wspaniała ekipa. Mam tu na myśli naszego operatora Pawła Edelmana, który już niejednokrotnie potwierdzał, że warto mu zaufać (np. "Pianista" lub "Oliver Twist"). Ważną rolę odegrali też scenarzyści, James L. White i Robert Eisele. To dzięki nim historia stała się zwięzła i ciekawa.

Są jednak powody do zadowolenia, bo to, co zostało pokazane w filmie, nie było przesłodzone, ani także "żywcem" przeniesione z licznych książek. Po prostu rzetelnie wykonana robota.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 30% uznało tę recenzję za pomocną (10 głosów).
kante
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)