Recenzja filmu Hair (1979)
Miloš Forman

Noś, noś długie włosy jak my!

Do naszych kin niedawno wrócił "Hair" Milosa Formana, wielkie dzieło zwane epitafium dla kontrkultury. Kto spodziewa się sentymentalnego spojrzenia na minione czasy Ameryki Hipisów i ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Hair (1979)
Do naszych kin niedawno wrócił "Hair" Milosa Formana, wielkie dzieło zwane epitafium dla kontrkultury. Kto spodziewa się sentymentalnego spojrzenia na minione czasy Ameryki Hipisów i młodzieżowego ruchu antywojennego, będzie pozytywnie zaskoczony. Odnowiony seans kultowego musicalu wykaże bowiem, że obraz ten jest wciąż żywy, a jego przekaz bardzo aktualny.

Przedstawiona w "Hair" historia traktuje o Claudzie (John Savage), prostym chłopaku z Oklahomy, który przyjeżdża do Nowego Jorku by zaciągnąć się do wojska, a tym samym wyjechać na wojnę do Wietnamu. Zanim to się jednak stanie, poznaje w Central Parku czwórkę przyjaciół, młodych hipisów z ich nieformalnym przywódcą Bergerem (Treat Williams) na czele oraz Sheilę (Beverly D'Angelo), piękną dziewczynę z dobrego domu, w której zakochuje się od pierwszego wejrzenia.

Forman od początku sympatyzuje z piątką głównych bohaterów, co tylko pozornie zaprzecza jego doświadczeniu życiowemu. Realizując "Hair" nie mógł zachować dystansu, musiał stanąć po jednej ze stron barykady. Mógł zanegować hipisowskie wartości, umiłowanie wolności, wyzwolenie seksualne oraz brak dyscypliny i szacunku do starszego pokolenia. W zamian opowiedzieć się za polityką USA, wojną w Wietnamie i próbą pokonania Związku Radzickiego niszcząc jego sojuszników. Teoretycznie Forman, jako uciekinier zza Żelaznej Kurtyny, człowiek który doznał komunistycznej rzeczywistości Czechosłowacji, winien sercem dążyć do pokonania socjalizmu na wszelkie możliwe sposoby. Silniejsza okazała się jednak inna cecha charakteru reżysera – czeska mentalność pacyfisty. Niechęć do komunistów, to jedno, niechęć do wojny w jakiejkolwiek postaci - to drugie. Co jednak jeszcze ważniejsze, Forman odnalazł znienawidzony socjalizm także w polityce Stanów Zjednoczonych, w rygorach niszczących indywidualność, ślepym posłuszeństwie, kodeksach i obowiązkach. Jego sympatia legła więc po stronie kontrkultury, której opór wobec takiego stanu rzeczy wydał mu się bliższy, niż wysyłani na śmierć młodzi ludzie w imię zasad wyrażanych niezrozumiałymi rozkazami.

Gloryfikując utopię hipisowskiej konstatacji, reżyser obiera pogląd pacyfisty, przychylnym okiem spogląda na ich wybryki i zaprzeczenie wszelkim zasadom poprawności. Musical daje mu wszystkie potrzebne narzędzia, by tak właśnie czynić. Tańcem i śpiewem rozsadza sztywność, którą w "Hair" reprezentuje bogata rodzina Sheili i komisja wojskowa. Odpowiednio w scenie przyjęcia u ojca dziewczyny i podczas rekrutacji, Forman wprowadza rozbrajające sceny wokalno-taneczne, których choreografia to prawdziwy majstersztyk dla miłośników gatunku. W domu Sheili Berger urządza popis na stole porywając do tańca jedną z siedzących przy nim kobiet, a komisję wojskową porywa w takt piosenki o przystojnych chłopcach – podśpiewujący i tupiący w rytm oficerzy kontrastowani są ze śpiewającymi dziewczynami w parku i nagimi kandydatami do armii stojącymi przed komisją. Homoseksualizm w tej doskonałej scenie podkreślają pomalowane paznokcie u stóp jednego z nich. Reżyser tą perwersją operuje po mistrzowsku, co pozwala mu wejść głęboko w system i rozbroić go na części pierwsze.

Jak na Czecha przystało, Forman walczy śmiechem z absurdem wojny w Wietnamie i jej naiwnym uzasadnianiem w stylu "za dobro", "za wolność", "za demokrację"... Ale jest to śmiech przez łzy. Finał "Hair" przynosi gorzkie podsumowanie hipisowskich idei. Stojący po stronie pacyfistów Forman zdaje sobie sprawę z przegranej konstatacji lat 60. Klęska kontrkultury to klęska młodych ludzi, ich śmierć na wojnie, która nie miała celu. Żadna wojna go nie ma. Ale utopia z nazwy jest nierealna, dlatego Berger musi u Formana zginąć. Dlatego protestujący pod Białym Domem pacyfiści zastygają w czarno-białej stopklatce. I rozbrzmiewa tylko pieśń zbuntowanego pokolenia: "Pozwólcie świecić słońcu…".

Gdy "Hair" powstało pod koniec lat 70., zarzucano Formanowi, że się spóźnił, że epoka, którą gloryfikuje, już minęła, a o jej ideach zapomniano bezpowrotnie. Kino już kilkukrotnie ukazało głupotę, narkotyczną beznadzieję i brak perspektyw Hipisów lat 60., a tu nagle czeski emigrant układa z taśmy filmowej tron dla przegranych niejako pacyfistów. Reżyser postawił przed sobą cel ocalenia podstaw kontrkultury - "Hair" dopuszcza do głosu najwspanialsze emocje: miłość, przyjaźń, radość życia. I to działa. Współcześnie dzieło czeskiego artysty absolutnie nie traci swojej uniwersalnej wymowy antywojennej. Utopia sama w sobie upadła, ale jej duch wciąż trwa. Peace!
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 92% uznało tę recenzję za pomocną (36 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o