Recenzja filmu Wybawienie (2016)
Hans Petter Moland

Nordic zwłoking

Reżyser wie, jak zainscenizować pełną napięcia grę w kotka i myszkę, nakręcić z biglem scenę akcji w pędzącym pociągu albo sfilmować z malarskim zacięciem tyleż piękne co posępne pejzaże ...
Filmweb sp. z o.o.
W skandynawskim kryminale bez zmian. Aura za oknem przyprawia o gęsią skórkę, dusze bohaterów spowija mrok, a za wypolerowaną fasadą światłego, tolerancyjnego społeczeństwa kwitnie moralna zgnilizna. W myśl zasady, że lepsze jest wrogiem dobrego, twórcy "Wybawienia" nie majstrują przy formule cieszącej się od lat popularnością wśród widzów i czytelników.  Ich film to jeszcze jeden zimny niczym arktyczne powietrze dreszczowiec z obyczajowym pazurem. Ze wszystkich dotychczasowych ekranizacji powieściowego cyklu Jussiego Adlera-Olsena ta wydaje się jednak najbardziej spełniona.


Tak jak w poprzednich odcinkach serii bohaterami są policjanci z departamentu Q – jednostki zajmującej się odgrzebywaniem nierozwiązanych spraw z przeszłości. Zapalnikiem fabuły jest znaleziony nad brzegiem morza list w butelce. Jak się wkrótce okaże, nie zaprowadzi on stróżów prawa do skarbu, lecz zbrodniarza, który z imieniem bożym na ustach kroi nożyczkami dzieci. Dla bohaterów śledztwo będzie okazją do skonfrontowania postaw wobec wiary i zinstytucjonalizowanej religii. Dla twórców – szansą na wymiecenie spod dywanu kolejnych grzechów duńskiego społeczeństwa: religijnego radykalizmu, ksenofobii i przemocy domowej.

Za kamerą stanął tym razem Hans Petter Moland, który w 2014 roku odniósł sukces dzięki "Obywatelowi roku" – błyskotliwej mieszance czarnej komedii i kina zemsty. Prawa do remake'u tamtego filmu szybko wykupiło Hollywood, przy okazji powierzając Norwegowi stanowisko reżysera. Wspominam o tym, ponieważ zarówno "Obywatel", jak i "Wybawienie" są przykładami dobrego rzemiosła w kinie gatunkowym. Moland wie, jak zainscenizować pełną napięcia grę w kotka i myszkę, nakręcić z biglem scenę akcji w pędzącym pociągu albo sfilmować z malarskim zacięciem tyleż piękne co posępne pejzaże przyrody. Jednocześnie dba o to, by pomimo licznych fabularnych skrótów intryga była dla widza klarowna, a bohaterowie nawet na moment nie zamienili się w superbohaterów. Ciarki na plecach budzi też demoniczny czarny charakter skrywający mroczne popędy pod maską łagodnej powierzchowności.


Sercem cyklu pozostała relacja między parą policjantów, Carlem Mørckiem (Nikolaj Lie Kaas) i Assadem (Fares Fares). Przypomina ona odrobinę więź łączącą Sherlocka Holmesa i doktora Watsona. Carl jest obdarzonym przenikliwym umysłem introwertykiem z przyspawanym do twarzy grymasem cierpienia. Assad to empatyczny pragmatyk, który jako jedyny potrafi przebić się przez pancerz ochronny partnera i namówić go do zwierzeń. Moland i jego aktorzy przy pomocy zaledwie kilku subtelnych maźnięć odmalowują wiarygodnie zażyłość poharatanych przez życie twardzieli. W pełnym brudu i cierpienia ekranowym świecie to właśnie męska przyjaźń wydaje się jedyną szansą na wybawienie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 74% uznało tę recenzję za pomocną (34 głosy).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry
o