Recenzja filmu Jestem legendą (2007)
Francis Lawrence

Nowe barwy Mesjasza

Apokaliptyczna wizja świata przemielona przez komercyjną maszynerię Hollywood. "Jestem legendą" to substytut wielkiego kina przygotowana dla masowego odbiorcy.
Filmweb sp. z o.o.
"Jestem legendą" to już czwarta pełnometrażowa adaptacja napisanej ponad pół wieku temu powieści Richarda Mathesona. Kiedy książka pojawiła się na rynku po raz pierwszy, odzwierciedlała lęki związane z Zimną Wojną i skutkami, jakie czekają nas, jeśli włodarze świata się nie opamiętają. Dziś poziom lęku znów wzrasta, choć ich źródłem jest terroryzm i obawa przed epidemiami typu SARS. Nowa wersja "Jestem legendą" to komercyjna próba skanalizowania tych lęków. Próba nie do końca niestety udana.

W roku 2009 ogłoszono koniec jednej z największych plag ludzkości: raka. Dzięki mutacji pewnego wirusa znaleziono lek, który leczy każdą odmianę nowotworu. Wkrótce okazuje się, że sukces ten osiągany jest w bardzo prosty sposób: wirus zabija ludzi lub (jeśli ktoś ma pecha) przemienia go w wampiropodobnego stwora. Nowotwór rzeczywiście został wytępiony.

Jedynym ocalałym zdaje się być Robert Neville, wojskowy spec do spraw zagrożeń biologicznych. Od trzech lat przebywa w wymarłym Nowym Jorku mając nadzieję na odnalezienie innych, którzy tak jak i on są odporni na działanie wirusa. W wolnych chwilach (a ma ich sporo) prowadzi badania nad szczepionką licząc, że dzięki niej uda mu się wyleczyć tych, którzy stali się wampirami. Czy jednak człowiek jest w stanie przetrwać, jeśli nie ma kontaktu z innymi ludźmi?

Dwóch rzeczy z całą pewnością nie można odmówić twórcom "Jestem legendą": ambicji i scenariuszowego potencjału. Przez większość filmu na ekranie jest tylko jeden aktor - Will Smith. To ewenement w przypadku tak wielkiego widowiska i przykład olbrzymiej wiary w możliwość przyciągnięcia do kin tłumów przez aktora. Wiara ta jest całkowicie uzasadniona i zapewne również w Polsce wiele osób obejrzy film tylko i wyłącznie dla Smitha. Niestety tym razem aktor nie sprostał zadaniu. Choć gra ostatniego żywego człowieka, o jego grze można powiedzieć wszystko, lecz nie to, iż jest 'żywa'. Repertuar min ograniczył do dwóch skrzywień twarzy. Dialogi wypowiada bez przekonania, czasem ma się wręcz wrażenie, iż zaraz parsknie śmiechem.

Smith nie ma oparcia w scenariuszu, w którym znaleźć można wiele świetnych pomysłów, lecz praktycznie żaden z nich nie zostaje w pełni wykorzystany. "Jestem legendą" w zamyśle ma być pochwałą tolerancji i hołdem złożonym Bobowi Marleyowi i walce z rasizmem. Tymczasem obraz Lawrence'a jest sam w sobie jednym z najbardziej rasistowskich obrazów komercyjnych, jakie zdarzyło mi się obejrzeć w ostatnim czasie. Ludzkość wyeliminowana zostaje przez białych, protestanckich Anglosasów. Zbawicielem jest Afro-Amerykanin, a apostołem Brazylijka. Aby udobruchać konserwatywną publiczność amerykańskiego południa, całość przesycono religijną retoryką, a zakończenie, które w książce było gorzkie i dalekie od happy-endu, tu staje się pochwałą polityki Busha z jego ukochanym dzieckiem Patriot Act i zasadą totalnej inwigilacji na czele.

Jednak tak naprawdę tego wszystkiego można się jedynie domyślić z kształtu historii, gdyż twórcy bardzo mocno przefiltrowali wszelkie inteligentne, przewrotne czy też kontrowersyjne idee przez komercyjną maszynkę. Pozostaje po nim tylko papka, która daje wrażenia obcowania z inteligentnym kinem, lecz nim w rzeczywistości nie jest. Nie mam jednak wątpliwości, że wielu widzom bardziej przypadnie do gustu substytut artyzmu niż prawdziwy artyzm, dlatego też jestem pewien, że obraz Lawrence'a odniesie spory sukces.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 28% uznało tę recenzję za pomocną (290 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (8)

zobacz wszystkie
o