Recenzja filmu Sylvia (2003)
Christine Jeffs

Nuda i smutek

Nikt nie zaprzeczy, że Sylvia Plath to postać tragiczna. Kobieta, która pragnęła uznania jako poetka i marzyła o mężu, który będzie ją kochał ponad wszystko, na własnej skórze odczuła, że ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Sylvia (2003)
Nikt nie zaprzeczy, że Sylvia Plath to postać tragiczna. Kobieta, która pragnęła uznania jako poetka i marzyła o mężu, który będzie ją kochał ponad wszystko, na własnej skórze odczuła, że pogodzenie tych dwóch rzeczy jest niemożliwe i że sukces w jednej dziedzinie życia okupiony jest dramatem w pozostałych jego wymiarach. Najtragiczniejsze jest jednak to, że gdyby nie samobójcza śmierć poetki, dziś pewnie nikt by już o niej nie pamiętał...

Z legendą Sylvii Plath postanowiła się zmierzyć nowozelandzka reżyserka, Christine Jeffs. Jej opowieść o poetce rozpoczyna się w 1956 roku, kiedy to Sylvia Plath, amerykańska aspirująca pisarka, przybywa do Cambridge na stypendium Fullbrighta. Tam poznaje cieszącego się już sporym uznaniem wśród angielskich elit intelektualnych poetę, Teda Hughesa. Oboje szybko zakochują się w sobie i pobierają po 4 miesiącach znajomości. Odtąd Sylvia pozostaje w cieniu swojego coraz bardziej popularnego męża. Sukces Teda, ciągle otaczanego przez schlebiających krytyków i wianuszek pięknych wielbicielek, wzbudza ogromną zazdrość Sylvii, zarówno jako żony jak i zmagającej się z twórczą niemocą poetki. To uczucie, podsycane jeszcze przez jej wybujałą wyobraźnię przyczyniło się do tragicznego końca...

Zagadkowa postać Sylvii Plath, w której wierszach masowo zaczytuje się młodzież z całego świata, była znakomitym materiałem na film. Twórcy wchodzącej właśnie na nasze ekrany produkcji nie wysilili się jednak zbytnio, by zgłębić skomplikowany charakter swojej bohaterki. W żaden sposób nie zinterpretowali ukazanych poczynań, nie zamieścili żadnego komentarza, jakby wychodząc z założenia, że oparta na faktach historia oraz ich własne uwielbienie dla poetki sprawią, że film sam się obroni. Niestety, choć reżyserka przedstawia nam najważniejsze wydarzenia z życia Plath, ktoś, kto wcześniej w ogóle się z jej twórczością nie zetknął, nie dowie się właściwie niczego istotnego poza suchymi faktami. I koniec końców, niewiele go ta cała historia obejdzie.

W filmie zabrakło mi jakiegoś pazura, wszystko tu jest zbyt uładzone, jakby twórcy podeszli do zadania na paluszkach, nie chcąc zakłócić niczyjego spokoju i bynajmniej nie spowodować jakiejś rysy na wizerunku ich idolki. W efekcie to, co oglądamy jest bardzo płytkie, nie dane jest nam wniknąć w zakamarki duszy wrażliwej kobiety. O pogłębiającej się depresji Plath możemy wnioskować tylko i wyłącznie na podstawie powtarzających się aż do znudzenia ujęć samotnej kobiety wyczekującej w półmroku na męża, który długo nie wraca do domu. Grany z uporem maniaka towarzyszący tym scenom motyw muzyczny szybko staje się irytujący. Odnosi się wrażenie, że twórcy chcieli muzyką zastąpić emocje, których inaczej, z powodu scenariuszowych dziur by zabrakło.

Szkoda mi Gwyneth Paltrow. Widać, że naprawdę się starała zrobić wszystko, by swoją bohaterkę uczynić osobą z krwi i kości, a nie zbolałą ikonę, rzucającą poetyckimi wersami, jak to umyślili sobie w scenariuszu autorzy filmu.

Cóż, "Sylvia" może Was zainteresować jeśli naprawdę jesteście fanami pisarki. Ale nawet i w tym przypadku możecie nie być w pełni ukontentowani.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 76% uznało tę recenzję za pomocną (25 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)