Recenzja filmu Supersamiec (2007)
Greg Mottola

O samcach nie tylko dla samców

"Supersamiec" to kolejna komedyjka o amerykańskich nastolatkach pragnących za wszelką cenę zaliczyć panienkę, ociekająca seksem i niewybrednymi żartami, których ilość przytłacza. Mimo tego wydaje ...
Filmweb sp. z o.o.
"Supersamiec" to kolejna komedyjka o amerykańskich nastolatkach pragnących za wszelką cenę zaliczyć panienkę, ociekająca seksem i niewybrednymi żartami, których ilość przytłacza. Mimo tego wydaje mi się, że Greg Mottola stworzył coś lepszego niż kontynuowany w nieskończoność "American Pie" i za to należy mu się uznanie.


Fabuła obejmuje jeden dzień z życie trzech siedemnastolatków kończących właśnie liceum. Seth (Jonah Hill), Evan (Michael Cera) i Fogell (Christopher Mintz-Plasse) zrobią wszystko, by załapać się na imprezę i tam zaliczyć, niekoniecznie trzeźwą, panienkę. Jako że nie należą oni do szkolnej elity, muszą się czymś przysłużyć. Plan sam się nasuwa, kiedy Fogell informuje ich, że właśnie otrzymał podrobiony dowód na nazwisko McLovin. Zaproszeni na imprezę do Jules (Emma Stone) muszą najpierw wykonać misję specjalną, czyli zakupić alkohol. Tak zaczynają się ich przygody.


Film zawiera wiele komicznych momentów i co najważniejsze przez prawie dwie godziny nie nuży widza, nie sprawia wrażenia przegadanego. To niewątpliwa zasługa scenariusza, aktorów wcielających się w głównych bohaterów oraz reżysera, który idealnie odczytał zamysł Evana Goldberga i Setha Rogena. Jednak nikt nie jest idealny…


Na pewno świetnie spisali się aktorzy. Michael Cera, znany już szerszej publiczności z "Juno" w zasadzie powielił swoja kreację z oscarowego filmu i wydaje mi się, że jako aktor nie uniknie zaszufladkowania. Świetnie spisał się Christopher Mintz-Plasse jako Fogell-McLovin. Jego rola była niezwykle komiczna, a on jej podołał i stworzył świetną kreację. Jednak największe emocje wzbudzali Bill Hader i Seth Rogen, jako para policjantów niezwykle lekko podchodzących do swoich obowiązków. Siła komiczna tego filmu skupiała się właśnie na nich.


Jeśli chodzi o scenariusz, to biorąc dodatkowo pod uwagę, że powstał on gdy  Goldberg Rogen mieli po trzynaście lat, jest on zadziwiająco dobry. Chociaż oczywiście możemy wskazać motywy powtarzające się w wielu innych produkcjach tego typu, a erotyczny humor nie jest niczym nowym. To, że słowo „fuck” pojawia się tam aż 186 razy, nie świadczy w jakikolwiek sposób o jego sile. Jednak film ma to coś, co sprawia, że oglądając go, nie patrzy się na niego przez pryzmat podobnych mu obrazów. Niewątpliwą zasługę miał w tym reżyser, któremu udało się komizm pisany przenieść na ekran. Momentami prymitywny humor razi, a seksualne aluzje zniesmaczają.


Nie jest to na pewno produkcja wysokich lotów, ale ma niewątpliwe zalety. Z pewnością jest to idealny film na wieczór przy piwku ze znajomymi. Polecam.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (12 głosów).
czarrna
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)