Recenzja filmu Obcy: Przymierze (2017)
Ridley Scott

Obcy: Zawiedzenie

"Obcy: Przymierze" jest wspaniałym dziełem marketingowców. Obiecuje kolejną część "Obcego" w istocie będąc raczej "Prometeuszem 2". Samego monstrum jest tu bowiem niewiele, a kiedy już się w ...
Filmweb sp. z o.o.
"Obcy: Przymierze" jest filmem zaskakującym. Po pierwsze niewiele osób spodziewało się jego powstania. Po drugie, pierwotnie miał go reżyserować kto inny. Po trzecie wreszcie, to film, który nawet nie próbuje sprostać, niewypowiedzianym oczekiwaniom widowni, serwując nam po raz kolejny powtórkę z rozrywek. Nie jednej bowiem, ale co najmniej kilku.

Na samym wstępie warto zaznaczyć, że to bardziej kontynuacja "Prometeusza" niż kolejny film z serii "Obcy". Początki są w zasadzie dwa. Pierwszy, rozgrywający się w scenografii rodem z finału "2001: Odysei Kosmicznej", przypomina znane z poprzedniej odsłony postacie Weylanda (Guy Pearce) i jego syntetycznego syna Davida (Michael Fassbender). Drugie otwarcie, to już klasyczny "Obcy". Statek lecący przez kosmos, wyświetlające się z boku ekranu informacje o załodze, ładunku i celu podróży. Punkt wyjścia fabuły, także brzmi znajomo. Załoga statku "Przymierze", przechwytuje przypadkiem niezidentyfikowany sygnał i postanawia odnaleźć jego źródło. Jako, że ich misją jest kolonizacja, a planeta, którą odnajdują okazuje się mieć lepsze warunki niż pierwotny cel, wyznaczają nowy kurs i lecą na spotkanie z nieznanym.

"Obcy" to dzieło kultowe, które położyło fundamenty pod współczesne horrory i thrillery science fiction. Jego fabuła jest tak prosta, a zarazem tak pomysłowa, że trudno wymyślić coś nowego w tej materii. Siła i jednocześnie specyficzna odporność na upływ czasu pierwotnej serii, były wynikiem różnych stylów, w których utrzymane były kolejne odsłony. "Obcy – ósmy pasażer Nostromo" to kosmiczny horror, "Decydujące Starcie" to film akcji, część trzecia to powrót do klimatu jedynki, w innej konfiguracji, czwórka to znowu zwrot w stronę bardziej dynamicznych rozwiązań. "Przymierze" rozdarte jest między byciem prequelem "Obcego" a sequelem "Prometeusza". Z tego pierwszego bierze stylistykę i kilka rozwiązań fabularnych. Z tego drugiego w zasadzie całą resztę historii. Do głosu dochodzą tu jednak także inne tytuły z filmografii Ridleya Scotta. Środek filmu to bowiem rozważania na temat natury ludzkiej i specyfiki syntetyków, snute przez postać Michaela Fassbendera, które przywołują na myśl podobne rozważania z "Łowcy Androidów". Te liczne tropy, które odnaleźć można w "Przymierzu" i rozdarcie między dwoma kierunkami, sprawiają, że trudno traktować film, jako pełnoprawną część kultowej tetralogii.

Największą i najpoważniejszą słabością filmu jest scenariusz. Pomijając fabularne wątki zaczerpnięte skądinąd, film cierpi na chroniczny brak bohaterów, a w szczególności inteligentnych przedstawicieli tego gatunku. Na wstępie dowiadujemy się, że załogantów jest piętnaścioro. Połowy z nich nie poznajemy wcale, co prowadzi do zabawnych sytuacji, gdy w połowie seansu pojawia się nieopatrzona twarz, którą próbujemy ulokować wśród dotychczasowych wydarzeń. Większość z nich to typy, a nie pełnokrwiste postaci, anonimy sprowadzone do pełnionych funkcji. Mamy więc kilku pilotów, nawigatora, kapitana, medyka, speca od militariów i całą resztę, która czymś się zajmuje, ale trudno powiedzieć czym konkretnie. Niektórzy z nich uwikłani zostają w relacje z innymi. Mamy więc trzy pary, którym na sobie zależy, co stanowić ma dla nich dodatkową motywację. Jakimi są ludźmi? Co ich charakteryzuje? Dlaczego w zasadzie powinniśmy przejmować się ich losem? Te pytania nie znajdują odpowiedzi. Ostatnie z nich jest szczególnie problematyczne, bo ilość idiotycznych i nieodpowiedzialnych decyzji, jakie podejmują, skutecznie do nich zniechęca. A trzeba zaznaczyć, że w zasadzie co chwilę ktoś robi coś głupiego, sprawiając, że ma się trochę wrażenie, jakby oglądało się horror o grupie nastolatków w lesie, a nie o wyszkolonej załodze statku kolonizacyjnego z przyszłości.

Kolejnym problemem jaki tworzy "Przymierze" jest zburzenie rozumienia świata, w którym dzieje się akcja. Choć cała opowieść rozgrywa się przed wydarzeniami z oryginalnej serii, to trudno nie oprzeć się wrażeniu, że są między tymi filmami pewnie nieścisłości. Cykl rozrodczy ksenomorfów, przedstawiony w dwóch pierwszych częściach był prosty i przejrzysty. To co zostało skomplikowane w "Prometeuszu" przez pojawienie się nowych form życia, tu zostaje spotęgowane. Obcy, przenoszą się bowiem i poprzez zarodniki i jaja, ale już nie na przykład przez krew zakażonego. Cały cykl rozwoju został też bardzo przyspieszony i od "zapłodnienia" do pojawienia się w pełni rozwiniętego osobnika mijają teraz minuty. Skomplikowanie tego procesu sprawia, że jeszcze trudniej przejąć się losem załogi "Przymierza", bowiem nie wiadomo, w którym momencie są oni zagrożeni i czy ktoś jest już skazany na śmierć czy jeszcze nie. Również specyfika syntetyków, pełniących w filmie istotną rolę, została zmodyfikowana, sprawiając, że nie są one tak proste do zabicia, co znowu burzy spójność świata, biorąc pod uwagę, że rzecz dzieje się przed "Nostromo", w którym wadliwość jednego z członków załogi była istotnym elementem fabuły.

Czego by nie mówić o prowadzeniu opowieści, trudno mieć zastrzeżenia do samego wyglądu świata. Ridley Scott to doskonały rzemieślnik i zarówno strona wizualna (stroje i scenografia) jak i ścieżka dźwiękowa budują klimat opowieści, starając się ratować dziurawy scenariusz. Także na tym polu pojawia się jednak niezdecydowanie. Statek i pojazdy obecne w filmie są bowiem bardzo futurystyczne i "czyste", nie noszą prawie żadnych śladów użytkowania. Z kolei ubrania bohaterów czy chociażby fryzura Daniels (Katherine Waterston) sugerują raczej klimat retro, ponownie przywołując na myśl "Ósmego pasażera Nostromo". Sama przestrzeń jednak, a przynajmniej jej technologiczno-ludzkie wydanie robią pozytywne wrażenie, niejako walcząc o utrzymanie widza w historii, z której co rusz wyrzucają go fabularne klisze i głupie zachowania bohaterów.

"Obcy: Przymierze" jest wspaniałym dziełem marketingowców. Obiecuje kolejną część "Obcego" w istocie będąc raczej "Prometeuszem 2". Samego monstrum jest tu bowiem niewiele, a kiedy już się w jakiejś formie pojawia, to trudno uznać obcowanie z nim za satysfakcjonujące. Choć większość jego wad bierze się ze słabości scenariusza, to i tak winę poniesie Scott. Nie tylko podjął się on bowiem wyreżyserowania tego tworu, własnoręcznie zamachując się na swoje arcydzieło, ale robiąc to, odsunął od realizacji Neilla Blomkampa, który nawet jeśli nie zrobiłby lepszego filmu, to przynajmniej motywowany byłby pasją, a nie odcinaniem kuponów.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (214 głosów).
Fiyo
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)