Recenzja gry The Legend of Zelda: Breath of the Wild (2017)
Hidemaro Fujibayashi

Oddech wolności

Gracz od początku ma nałożone wyraźne zadania. Trzeba pokonać Ganona (stały villain serii), z którym od stu lat w zamku przebywa księżniczka Zelda. Niby standard, ale wyruszyć na finałowego Bossa ...
Filmweb sp. z o.o.
W 1998 Nintendo zmieniło, nie po raz pierwszy, wraz z wyjściem "The Legend of Zelda: Ocarina of Time" świat gier. Masa rozwiązań z tamtego tytułu przetrwała do dzisiaj, ale seria o przygodach Linka utknęła przez lata trochę w miejscu. Zmieniały się stylistyki, ale każda gra polegała na tym samym. Gracz miał do odbębnienia parę pomysłowo wykonanych dungeonów, a potem finałowego bossa. A księżniczka Zelda nie jest w innym zamku*. Breath of the Wild to prawdziwy powiew świeżości. Trochę brzmi to, jak oksymoron w zderzeniu z grą, która czerpie masę elementów z klasyki oraz gier ostatnich lat, ale robi z nich niepowtarzalne, wręcz duchowe doświadczenie.

Gracz od początku ma nałożone wyraźne zadania. Trzeba pokonać Ganona (stały villain serii), z którym od stu lat w zamku przebywa księżniczka Zelda. Niby standard, ale wyruszyć na finałowego Bossa możemy wyruszyć w każdym momencie, to my decydujemy, jak będziemy grać. To gra, którą można przejść równie dobrze w paręnaście, jak i parędziesiąt godzin, a na odkrycie wszystkiego potrzeba ich grubo ponad 100. Świat jest w pełni otwarty od początku i możemy iść wszędzie i to dosłownie. Link potrafi się wspinać po niemal każdej pionowej powierzchni, ogranicza go wyłącznie pasek staminy, który można rozszerzyć. Czy to na stałe rozwiązują zagadki w 120 rozrzuconych pomysłowo po mapie kapliczkach, czy na chwilę, pichcąc jakieś danie.

photo.title

Tytuł jak zawsze w przypadku trójwymiarowych gier serii opisuje najważniejszy ich feature. Świat żyje, warunki pogodowe zmieniają się płynnie i mają wpływ na rozgrywkę. Padający deszcz powoduje, że będzie się ześlizgiwać ze skał, na które się wspinamy, burza z piorunami będzie uderzać w metalowe elementy ekwipunku oraz różnorakie drzewa. Mróz występujący w niektórych rejonach mapy spowoduje, że zaczniemy marznąć, a upał, że zaczniemy się pocić. Na każdą okoliczność trzeba się przygotować. Pierwszy raz w serii dostajemy wybór wszelakich strojów, które będą wpływały na nasze statystyki. Tak jak i wszelakie ugotowane potrawy, do których składniki znajdziemy w bardzo naturalnych miejscach.

photo.title

Jednak wolność jest na tyle rozwinięta, że warunki pogodowe można przekierować na swoją korzyść. Czy to podrzucając metalowy przedmiot wrogowi, żeby walnął go piorun, czy podpalając okolicę. Jedynym ograniczeniem przy tak rozwiniętym silniku fizycznym jest twoja kreatywność, każdy problem można rozwiązać na parę sposobów. Np. rzekę można pokonać m.in.:
- przepływając naturalnie z użyciem paska staminy, jednak jak ten się wyczerpie, to utoniemy;
- dając porwać się nurtowi, przez co pasek staminy nie będzie wykorzystany, ale nie zawsze wiemy, gdzie trafimy;
- na tratwie, której kierunkiem płynięcia możemy sterować za pomocą podmuchów wiatru, używając za żagiel dużego liścia, a nawet zbudować prowizoryczny ster sterowany magnesem;
- na ściętym przez siebie drzewie;
- skacząc po blokach lodowych.

Mapa jest przepełniona atrakcjami, które sami musimy odkryć. Niby gra na wzór modelu Ubisoftu używa wież do odkrywania mapy, ale odkrywają one wyłącznie ukształtowanie terenu, resztę musimy odkryć sami. Czy to przez lornetkę (możemy zostawiać markery na mapie) czy poprzez zwykłe podróżowanie, a na to również jest multum sposobów. Możemy robić to zwyczajnie na piechotę, paralotnią, jeżdżąc na tarczy niczym Legolas, czy konno. Jest też szybka podróż do odkrytych już wież i kapliczek. A kapliczki, one rekompensują nam mniejszą niż zwykle ilość dungeonów (5, ale bardzo pomysłów) niż zwykle. Od najprostszych zagadek po takie, których rozwiązanie może wyjąć nam z życiorysu spory kawał czasu. A przy niektórych starczy samo ich niełatwe odkrycie. Lub też dostaniemy walkę z minibossem. Większe dungeony są rozmieszczone jak to zwykle bywa w serii po 4 stronach świata. W wolnym tłumaczeniu "Boskie Bestie" nie przypominają jednak klasycznych dla serii lochów. Nie błądzimy w labiryntach, szukając skrzyń z kluczami, a manipulujemy fizyką budynków czy to obracając ściany czy wlewając wodę w różne miejsca. Każda bestia ma unikatowe możliwości. Tylko ci bossowie na końcu są mało charakterystyczni pod względem designu jak na serię. Jednak walki i tak wymagają odpowiedniej taktyki. Tak jak każda, nawet najmniejsza potyczka w grze.

Było już sporo o mechanice, ale tym razem i fabuła odrobinę rozbrzmiewa, a szczególnie całkiem solidne rozpisanie postaci. Zelda jest budowana na silną, niezależną kobietę, każda kraina składająca się na królestwo Hyrule ma charyzmatycznego przywódcę i otaczających ich pomocników. Historyjka, mimo że prosta jest na czasie, uwypukla różnice kulturowe między krainami i potrzebę ich zjednoczenia przeciwko większemu złu. A kolejne elementy historii można poznawać w dowolnej kolejności, a nawet wcale. Wolność dawana grającemu daje o sobie znać nawet w tym elemencie.


Graficznie nie ma co liczyć na shadery, masę polygonów itp., ale styl graficzny jest bardzo estetyczny, kolorowy i funkcjonalny. Składa się w całość z resztą. W serii debiutuje także voice acting, niestety nie wszystkie kwestie są nagrane, ale to jakby tradycja w japońskich produkcjach. Jednak jak kwestie są już nagrane, to gra brzmi tak bajkowo jak i wygląda. Niektórzy narzekają, że głosy są przerysowane, ale ja uważam, że składa się to na większą całość. Grze zdarzają się drobne dropy, ale to nic przeszkadzającego w graniu. Na szczęście jednak wychodzą już stosowne patche. Znak czasów, ale to chyba jedyna rysa na tym wspaniałym dziele.


Żeby wspomnieć o wszystkim w tej grze, to prawdopodobnie trzeba by napisać książkę. Świat jest przepełniony małymi rzeczami, które chce się poznać. Jest masa subquestów, poukrywanych znajdziek, których jednak nie trzeba odnajdywać. Nintendo nawet zażartowało z kultury zbierania trofeów. Za zebranie wszystkich nasion Koroków gracz dostaje złotą kupę zamiast złotego pucharka. Gra co chwilę mruga okiem do fanów marki nawiązaniami (znowu poszukamy, chociażby zaginionych kurczaków) i drobnymi historyjkami. To jeden z najbardziej dopracowanych produktów branży growej w historii. Założę się, że ludzie po miesiącach będą odkrywali nowe rzeczy. Tak jak to było, chociażby z "GTA V".

Na pytanie, czy warto kupować dla niej nową konsolę, musicie sobie odpowiedzieć sami. Jednak jeśli kochacie inność gier Nintendo, to na pewno zainteresuje was masa innych zapowiadanych przez nich gier, a także nowatorskość proponowanego przez nich sprzętu, a już z samą Zeldą spędzicie dziesiątki godzin.

*Tak, to nawiązanie do innej serii Nintendo.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 33% uznało tę recenzję za pomocną (3 głosy).
neo_angin
ocenia tę grę na:
1 10 10/10 arcydzieło!
o