Recenzja filmu W stronę słońca (2007)
Danny Boyle

Odyseja kosmiczna

Brytyjski reżyser, Danny Boyle, znany jest z niezwykłej umiejętności nabijania listy kultowych filmów ostatnich lat. Do tego lubi eksperymentować, i to z niezłymi efektami. To mu trzeba oddać. ...
Filmweb sp. z o.o.
Brytyjski reżyser, Danny Boyle, znany jest z niezwykłej umiejętności nabijania listy kultowych filmów ostatnich lat. Do tego lubi eksperymentować, i to z niezłymi efektami. To mu trzeba oddać. Tak jakby założył, że nakręci obraz każdego gatunku. W 1994 zadebiutował w kinach czarną komedią, "Płytki grób", czym zaskarbił sobie przychylność krytyki i widzów. Największą popularność zyskał jednak dwa lata później, po premierze "Trainspotting", które już teraz zalicza się do klasyki brytyjskiej, jeśli nie światowej, kinematografii. Kilka lat później zrealizował "Niebiańską plażę", która już nie powtórzyła sukcesu artystycznego, ale i tak grupę fanów zebrała. W 2002 roku, Boyle zaskoczył wszystkich "28 dni później", w którym to filmie, twórca wskrzesił już dawno rezydujące u lamusa kino grozy o zombie. Teraz zabrał się za wielkie widowisko science-fiction. Głęboka woda, jak się okazuje, nawet dla takiego nazwiska.

Rok 1969, rosyjscy wojskowi zastanawiają się, jak godnie odpowiedzieć czynem na amerykański sukces wylądowania pierwszego człowieka na Księżycu. Wszyscy milczą w zadumie. Aż jeden z kapitanów rzuca: "Polećmy na Słońce!". Generał skrzywił się i odparł: "Głupi jesteś, spalilibyśmy się!". Znowu dłuższa cisza. Znowu wszyscy milczą. W pewnym momencie pomysłodawca misji z nieukrywaną radością i żaróweczką nad głową oznajmia: "Polecimy w nocy!". Prostota myślenia bohatera starego dowcipu z serii tych "o Ruskich", ma wiele wspólnego z wyobraźnią scenarzysty Alexa Garlanda, i tak niespełna sto lat później, człowiek leci na to Słońce, choć na razie tylko w filmie, ale za to nie czekając na noc. Jednak to chyba jedyny możliwy absurd jaki w najnowszym obrazie Danny'ego Boyle'a się nie pojawił. Za to każdy inny ściele się tu gęsto. Od tych, z których wzięła się fabuła, po te, zwane zwrotami akcji i poczynaniami bohaterów.

Akcja filmu rozgrywa się w 2057 roku, gdy nasze ukochane Słońce zaczyna wygasać. Dla ułatwienia życia scenografom, żeby nie musieli za wiele główkować, rzeczywiste obumieranie gwiazdy przyspieszono o kilka miliardów lat. Coś jak w "Pojutrze". Ludzkość żyjąca na skutej lodem Ziemi ma tylko jedną szansę by przetrwać. Jest nią grupa ośmiu astronautów wysłanych z misją reanimowania konającego. Załogę stanowią schematyczne, przerysowane postacie, choć tym razem, dla odmiany, zamiast szlachetnego Murzyna, mamy trójkę Azjatów. Jednakże genialnego naukowca, seksownej kobiety, tchórzliwego kapitana i paru innych, nie zabrakło. Icarus II, statek kosmiczny wyposażony w gigantyczną, ultranowoczesną bombę, którą ma dostarczyć do jądra Słońca, jest już drugim, jaki skonstruowano na potrzeby tego niebezpiecznego zadania. Pierwszy Icarus jednak zawiódł - gdy stracił łączność z Huston, po prostu zniknął. Statek jednak nie przepadł bez śladu, o czym przekonuje się załoga dwójki, odbierając jego sygnały ratunkowe siedem lat później. Bohaterowie uznali, że z dwoma ładunkami wybuchowymi, mają większe szanse na powodzenie, toteż zmieniają kurs i lecą na spotkanie z Icarusem I. Niestety, nie wszystko idzie po ich myśli. Dochodzi do awarii, a na pokład trafia niechciany gość...

Boyle popełnił dwa katastrofalne błędy, przez które film w pewnym momencie zaczyna się sypać. Mając w ręku scenariusz z gatunku "grozi nam koniec, ratujmy świat", nie zdecydował w którą tak właściwie stronę chce iść. Najpierw kłania się ku najlepszemu, odwracając się od "Jądra Ziemi" czy "Armageddonu", a budując atmosferę zbliżoną do tej z "Solaris", traktując Słońce jak równorzędnego bohatera, mającego niemały wpływ na załogę. Później jednak gubi konsekwencję, cytuje klasyki gatunku na zmianę z jego największymi gniotami. Z jednej strony odwołuje się do starego sci-fi, gdzie nie silono się na logiczne wyjaśnienia, a opierano się na szczerej, dobrej zabawie konwencją. Nie mówi więc nic o nieważkości, zaprojektowany niemal z gotyckim rozmachem statek sunie przez przestrzeń dumniej niż Enterprise na sterydach, a komputer pokładowy żeńskim, ponętnym głosem odpowiada na wszystkie pytania bez zastanowienia. Z drugiej jednak, w całości opiera się na teorii gasnącego Słońca, którą potwierdzają wszystkie obserwacje pozostałych znanych nam gwiazd.

Drugim błędem jest to, co następuje pod koniec filmu. Reżyser gubi kolejną konwencję i z ratowania świata przechodzi w ratowanie samych siebie. Nagle z trochę lepszego "Jądra Ziemi" robi się dużo gorszy "Ukryty wymiar" (świadomie pomijam "Obcego", bo musiałbym użyć frazy "dużo, dużo gorszego"...). Jest to wątek tak oderwany od reszty historii, że nie sposób go konstruktywnie skomentować. Boyle nie tylko dzieli nim obraz fabularnie na dwie części, ale jeszcze zmienia całkowicie sposób prowadzenia kamery, a nawet muzykę, która momentalnie wybrzmiewa jak z rasowego horroru. Gatunkowa hybryda hybrydą, ale to już filmowa schizofrenia. W ten sposób, najciekawszym aspektem "W stronę słońca", poza wizualnym przepychem, okazuje się być jego - zapewne nieświadomy - wydźwięk polityczny. Boyle wpisał obraz w nurt nakreślony przez "Dzień zagłady", "Armageddon" czy "Jądro Ziemi", filmy w których grupka śmiałych Amerykanów ratuje ludzkość za pomocą bomb atomowych. W kontekście ciągłych newsów z bliskowschodnich frontów, gdzie dzielni Amerykanie walczą za nas z terroryzmem, wypada to dość ironicznie.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 47% uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)