Recenzja filmu Zacznijmy od nowa (2013)
John Carney

On(c)e more time

W przypadku "Once", irlandzkiej perły, którą statuetka Oscara przeistoczyła w oszlifowany - oficjalnie, bo przecież przez hollywoodzką Akademię - diament, kluczem do sukcesu okazał się przede ...
Filmweb sp. z o.o.
W przypadku "Once", irlandzkiej perły, którą statuetka Oscara przeistoczyła w oszlifowany - oficjalnie, bo przecież przez hollywoodzką Akademię - diament, kluczem do sukcesu okazał się przede wszystkim niszowy sposób opowiedzenia historii dwojga zwykłych ludzi, których połączyła niezwykła muzyka. Czy jednak ten sam klucz zdoła dopasować się do zgoła innego, bo amerykańskiego, zamka? Podobne pytania, niekoniecznie w formie ślusarskich metafor, zadawał sobie zapewne każdy, kogo John Carney oczarował przed ośmioma laty - okazję stworzyła tegoroczna premiera jego najnowszego dzieła. Można byłoby się zastanowić, czy rzeczywiście zaczyna od nowa, zacznijmy jednak od początku.

O ile poprzednio tłem historii był spokojny, monochromatyczny wręcz Dublin, o tyle Nowy Jork, tym razem występujący w roli gospodarza, to miejska dżungla z krwi i kości. Mimo tej różnicy szkielet prezentuje się całkiem podobnie - ona, on, ich skomplikowane relacje damsko-męskie, życiowe zakręty i nieustanna towarzyszka, jaką jest muzyka.

Greta (Keira Knightley) przybywa do Ameryki wraz z ukochanym, traci go jednak na rzecz pokus show-biznesu, którym Dave (Adam Levine), jako wschodząca i najwyraźniej nieodporna, gwiazda, nie potrafi się oprzeć. Czynny opór przeciw pojmowaniu muzyki w kategoriach produktu stawia za to Dan (Mark Ruffalo) - gwiazda tego producenta pozornie zgasła już dawno. Wystarczy jednakże odpowiednia dawka alkoholu, aby wrócił do gry; dosłownie, bo w jego głowie, jak sam przyznaje, dopiero pod wpływem procentowych napojów rozkwitają obiecujące aranżacje. To właśnie w czasie występu Grety doznaje olśnienia - owocuje ono wcieleniem w życie pomysłu odbiegającego nieco od tego, co pamiętamy z "Once". Choć powtarza się motyw nagrywania płyty, tym razem nie dzieje się to w wytwórni. Przeciwnie, istotę przedsięwzięcia stanowią sesje plenerowe - alternatywę szczelnie zamkniętego pomieszczenia stanowią dachy, łódki, wąskie uliczki i stacje metra. Ten powiew świeżości dociera i w codzienność bohaterów, krok po kroku podnoszących się po osobistych upadkach i dojrzewających do podjęcia decyzji o zmierzeniu się z demonami przeszłości - tej bliższej, w przypadku Grety, i dalszej, w przypadku Dana. 
photo.title photo.title photo.title
John Carney nie wpadł w pułapkę zamerykanizowania swojej wizji, uniknął przerysowań czy banałów. Choć tym razem nazwiska widoczne na plakatach z powodzeniem krążyły po orbicie Hollywoodu, nawet światowej sławy obsada wpasowała się w klimat filmu. Istotę stanowił nie przepych, a przekaz. 
Knightley była skromną, wrażliwą dziewczyną, która pozostała wierna swoim zasadom, chociaż oznaczało to zamknięcie niezwykle ważnego rozdziału w życiu. Ruffalo na naszych oczach powracał do tego, co dla człowieka najważniejsze - rodziny i pasji, chociaż każdy z tych powrotów wymagał od niego wysiłku, wyrzeczeń i silnej woli. Levine, zaskakująco przekonująco jak na nieprofesjonalistę, udowadniał, że bardzo łatwo jest zatracić się w sukcesie, że za głupotę trzeba płacić, nawet będąc na samym szczycie, oraz że histeryczne uwielbienie tłumów nie zastąpi nigdy prawdziwej, bezinteresownej miłości i zaplecza wsparcia, jakie takowa za sobą niesie. 

photo.title photo.title photo.title

Nie sposób nie rozpływać się w zachwycie, skoro Carney sprostał nie lada wyzwaniu - nie zaserwował widzowi przysłowiowych "odgrzewanych kotletów", jednocześnie przypominając mu, na co liczyło się, idąc do kina. "Zacznijmy od nowa" nie brakuje niczego, czym jego poprzednik zdobył serca widzów: prostej, acz niestereotypowej historii, pięknych aranżacji, niebanalnych rozwiązań i scen, które dzięki swej subtelności wyrażają więcej, niż tysiąc słów. Ani twórca, ani jego dzieło nie ucierpiały na przeprawie przez Ocean, a to, co najważniejsze i najbardziej wymowne, czyli różnorodna, nie tylko wpadająca w ucho, ale i niosąca przekaz, muzyka, nie została (na szczęście) zepchnięta na dalszy plan czy ograniczona do roli epizodycznej. Dopełniała, wzbogacała, współtworzyła snutą opowieść. Nawet Nowy Jork udało się przedstawić dzięki niej w świetle, które chyba nieczęsto nań pada - nie jako chaotyczną, jazgotliwą metropolię, lecz przyjazne, oswojone miejsce. Podsumowując: wszystkie proporcje zachowane - nie za smutno, nie za wesoło, nie na siłę i nie na odczep się. Żadnego faux pas, żadnego deja vu. Zamiast jęknąć z wyrzutem "ale to już było...", można rzec - z ręką na sercu, śpiewająco - ale to było dobre! 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 93% uznało tę recenzję za pomocną (85 głosów).
o