Recenzja filmu Zjednoczone stany miłości (2015)
Tomasz Wasilewski

Osobne stany bezsilności

Paroma sprytnymi zabiegami montażowymi, Wasilewski sprawił, że cały ciężar emocjonalny jego filmu spadł na mnie dopiero po wyjściu z kina. A kiedy już ładunek do mnie dotarł, z wrażenia usiadłem, ...
Filmweb sp. z o.o.
Zaczyna się długą sceną posiłku, kiedy kamera ani drgnie, a bohaterowie kręcą się wokół stołu, jedzą i rozmawiają. Kiedy wydaje się, że zdążymy poznać wszystkie rodzinne sprawki, nadchodzi seria krótkich, wyrazistych scenek, które rozpisują nam postać Agaty. Palenie papierosa, stosunek z mężem, aerobik, praca w pirackiej wypożyczalni kaset VHS. I kiedy myślimy, że wiemy już wystarczająco wiele, przychodzi religia, kolęda oraz bardzo nieokreślona fascynacja młodym księdzem (Tyndyk, powściągliwie intrygujący). Pomiędzy coraz bardziej rozpaczliwymi scenami przemykają pozostałe bohaterki, mamy kulminację i… bach, czas poznać pozostającą do tej pory na trzecim planie Izę (Cielecka). Teraz to ją śledzimy, postać się rozwija, po czym przychodzą dwie ostatnie bohaterki, do tej pory zyskujące status najwyżej drugoplanowych i zajmują jej miejsce. Scenariusz rozwija się do pewnego momentu, by skręcić w nową perspektywę, dać głos innej lokatorce osiedla. Poszczególne kulminacje jednak nie kończą żadnej historii, widz sam sobie dopisuje ciągi dalsze.


Ciągi dalsze nadejść muszą, ponieważ zdążyliśmy już na tyle poznać bohaterki, że naprawdę przejmujemy się ich losem. Żonglerka codziennością przynosi parę żartów, które tylko podkreślają dramatyzm następnych wydarzeń.

Osobne słowa uznania należą się czwórce odtwórczyń głównych ról. Jakkolwiek Julia Kijowska gra po prostu bardzo konsekwentnie, w odpowiednich momentach dociskając pedał emocji do niemalże granicy bólu a Marta Nieradkiewicz efektowność swej roli ujawnia dopiero podczas ostatniego kwadransa filmu, tak obu udało się wykreować wiarygodne i niejednoznaczne bohaterki. Nie dostajemy ich rozterek, pragnień wykopanych łopatą w twarz, ale razem z nimi współodczuwamy głębię nieszczęścia. Domyślając się więcej, niźli reżyser zechciał wprost pokazać.

Magdalena Cielecka otrzymując najmniej chyba ciekawą postać wieloletniej kochanki Karola (Chyra, jakże by inaczej!), wycisnęła z Izy maksimum. W szkole twarda pani dyrektor, poza murami podległa całkowicie jednemu. Uparcie zabiega o zainteresowanie Chyry, a chemia, jaka między nimi panuje, powinna znaczyć dla polskiej sztuki aktorskiej tyle, co tablica Mendelejewa i tabliczka mnożenia dla ucznia liceum.

Chociaż wymienione do tej pory bohaterki przyciągają uwagę widza do ekranu bardzo skutecznie, Wasilewski nie pozwala przykładać im łatwych łatek, stawiać jednoznacznie po jakiejś stronie. Każda potrafi wielokrotnie podczas seansu do siebie zniechęcić. Jedyna postać, której od początku kibicowałem to Kreacja Doroty Kolak. “Zjednoczone Stany Miłości” wymagały wielkiej odwagi od wszystkich występujących. Z jednej strony cielesność, z drugiej obnażenie psychiczne. Filmowa Renata zaś istnieje najmocniej. Nieważne, czy oglądamy ją jedzącą obiad w jadalni wypełnionej egzotycznymi ptaszkami czy w przebieralni na basenie, to wciąż jest Renata. Nie ma choćby nuty fałszu, dystansu od postaci. A jednak dopiero kiedy prawdziwe pragnienia Renaty wychodzą na jaw, zaczyna się prawdziwy popis. Tej bohaterce współczujemy, razem z nią się wzruszamy, ją podziwiamy i zdążymy pokochać. Niczego lepszego w polskim kinie nie widziałem od lat.

Zawsze, gdy idę do kina na polski film obawiam się dwóch rzecz: skryptu oraz strony wizualnej. Niedawno światełkiem w tunelu były koprodukowane “Niewinne”, wizualnie niepokojące, staranne i zdjęciowo wyraziste. O ile scenariusz “Zjednoczonych Stanów” momentami został zbyt mocno przycięty, tak konsekwencja realizacji obrazu oczarowała mnie od pierwszej sceny. Wyblakła niczym pamięć kolorystyka ujęta w zdjęciowe ramy statycznego kadru, wnętrzem którego rozporządzają aktorzy. I to długie, piękne kadry, nieodsłaniające wszystkiego. Parokrotnie oglądamy sceny z tak zniekształconej perspektywy, aby domyślać się reszty na podstawie takiego detalu jak stopa czy fryzura bohaterki. Nieliczne chwile, kiedy kamera schodzi ze statywu to spacery postaci. Najczęściej śledzimy Cielecką zza jej pleców, więc kiedy wreszcie wściekła idzie wprost na nas, wrażenie jest przygniatające. Niedopowiedziane kadry wspaniale oświetlają się z wydarzeniami fabularnymi. To świetna strategia, by nie dawać odbiorcy wszystkiego na celuloidowej tacy, a budzić ciekawość i intrygować.

Nie sposób zdaje się uciec od ukazania realiów epoki, jeśli filmowej szkole zostaje nadane imię Solidarności, jedna z bohaterek pracuje w wypożyczalni kaset, a największą sensacją przy rodzinnym stole okazują się nowe jeansy oraz puszka napoju Fanta. Trudne lata 90., które reżyser sam pamięta jak przez mgłę. A jednak każdy szczegół, plakat z Whitney Houston czy nawet pozornie nieznacząca miska, w tym filmie powraca, niosąc już inną niż za pierwszym razem treść. Poprzez zmianę perspektyw otrzymujemy naprawdę wiarygodną wizję świata. Dziejące się w tle cuda peerelowskiej rzeczywistości bywają jedynie zabawnym detalem, za każdym razem wnoszą wartość dodaną, nierzadko pogłębiając motywacje bohaterek i metafory filmowe. A klimat, jaki udaje się prostymi środkami osiągnąć, dałby się sprzedawać za dolary.

Chwile naiwnej efektowności i dosłowności nie potrzebują zewnętrznych usprawiedliwień. W wykreowany świat chce się wierzyć, a przemykający cichaczem podryw na starość i białą kiełbasę tak cudownie pachnie Bareją, że kąciki ust błyskawicznie się unoszą. Pojawiające się wśród krytyki głosy o przesadnej depresyjności, emocjonalnej ciężkości obrazu Wasilewskiego są z pewnością prawdziwe. Swoisty charakter opowiadanej historii narzuca pesymistyczne tony, aczkolwiek nie ma tu monopolu na jedną interpretację. Cząsteczki humoru oraz mocne montażowe zbitki dodatkowo wzbogacają recepcję o nieco bardziej rozrywkowe wrażenia. Przyznałem już, że cały emocjonalny bagaż spadł na mnie po seansie. Podliczając sceny obnażenia, czynności tabuizowanych fizjologicznie oraz zwyczajnie obrzydliwie natrętnych, mógłbym dojść do wniosku, iż właśnie zobaczyłem ekranizację zaginionej książki Houellebecqa. Seks paniczny, seks smutny i samotny. Nagość pięknego ciała, natychmiastowo zniesmaczona. Nagość ciała brzydkiego, zniszczonego. Ale choć cielesności bywa nachalnie wiele, jest ona funkcjonalna i tylko dodatkowo oświetla obnażenie bohaterów. Staje się kolejną formą wyrazu, często bezsilności. A czy codzienna intymność napawa pesymizmem? "Zjednoczone stany miłości" to nie słodko-pierdząca amerykańska wizja czasów pięknie przeszłych. To rzut oka we współczesność za pomocą podróży w niedaleką historię.

“Zjednoczone Stany Miłości” to film wymagający od widza cierpliwości i dociekliwości. Bohaterki igrają z naszą empatią, wyczuwamy fałsz w ich zapewnieniach o byciu szczęśliwymi. Nie każdemu przypadnie do gustu naturalistyczna estetyka i chwilami naprawdę przygnębiający nastrój. Jeśli jednak potraficie cierpieć razem z bohaterami i testować swoją wrażliwość, lepszego polskiego filmu ze świecą szukać. Film Wasilewskiego da Wam wówczas znakomitą satysfakcję przeżywania rzeczywistości, która będąc skąpana w niedopowiedzeniu, opowie więcej, niż chcielibyście wiedzieć.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (20 głosów).
Kamasz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o