Recenzja filmu Rekonstrukcja (2003)
Christoffer Boe

Oto mężczyzna, oto kobieta

Historia Alexa i Aimee to opowieść stara jak świat... On spotyka ją, ona spogląda na niego i już wiedzą, że są dla siebie stworzeni. Ona dla niego zostawi męża, on dla niej odejdzie od ...
Filmweb sp. z o.o.
Historia Alexa i Aimee to opowieść stara jak świat... On spotyka ją, ona spogląda na niego i już wiedzą, że są dla siebie stworzeni. Ona dla niego zostawi męża, on dla niej odejdzie od dziewczyny. Ale czy to wszystko jest takie proste, takie trywialne? Nie, bo ich losem steruje bóg-pisarz, który raz pozwala im zachłysnąć się ich miłością, a raz spycha na skraj rozpaczy. Bezlitośnie wymazuje wspomnienia wspólnie przeżytych chwil, ciągle poprawia coś w napisanym scenariuszu, pozwala im zapomnieć o sobie, by znów ich połączyć. Trzyma ich w niepewności, lęku. Ale czy oni faktycznie odczuwają strach? Przecież są tylko wymysłem czyjegoś umysłu, są jak marionetki, w które artysta tchnął życie, ale tak naprawdę nie mają wolnej woli, o niczym nie decydują... "to tylko film, ale i tak boli". Dlaczego?

Dlaczego tak bardzo dotyka nas los zupełnie obcych nam ludzi, którzy nawet nie istnieją w przestrzeni, którą nazywamy rzeczywistością? Może trochę dlatego, że sami boimy się uwierzyć, że jesteśmy tylko bezwolnymi marionetkami, od których tak naprawdę zależy tak niewiele, których los jest już z góry wyznaczony? Ktoś bawi się nami, sprawdza naszą wytrzymałość na ból.

To tylko jedna z możliwych interpretacji tego dzieła. Każdy odbiera "Rekonstrukcję" inaczej, co na pewno świadczy o jej klasie, niejednorodności. Jest to naprawdę udany debiut Christoffera Boe. Na uwagę zasługuje również sposób ukazania Kopenhagi. Wszystko jest proste, nieco szare, zwyczajne, a przez to bliskie. Widz nie ma poczucia, że znajduje się akurat w stolicy Danii. A więc tak naprawdę akcja tego dramatu może dziać się wszędzie i bohaterem może być każdy. Tak oto film staje się niezwykły w swojej zwykłości.

Ciekawym wybiegiem jest powracania do utartych motywów, jak chociażby wyjścia Orfeusza i Eurydyki z Tartaru. Tak jak para mitycznych postaci, tak i Alex i Aimee dostają swoją ostatnią szansę. I choć każdy z nas przeczuwa, powiem więcej, wie, jak owa scena się zakończy, przeżywamy ją na nowo. Film koresponduje też momentami z twórczością Franza Kafki. Widać to szczególnie w środkowej części produkcji, gdy główny bohater nie może odnaleźć drogi do swojego domu, a przyjaciele nie rozpoznają go, traktują jak kogoś zupełnie obcego. To tak jakby nigdy nie istniał, jakby całe jego życie było złudzeniem.

Tym, co jednak najbardziej skupia uwagę, są niesamowite dialogi, wspaniała narracja, która zapada każdemu w pamięć. Już pierwsze słowa: "Zawsze tak się zaczyna, trochę magii, trochę dymu... miłość. Mężczyzna wchodzi do baru i dostrzega piękną kobietę. Znają się? Chyba nie..., ale jakby się znali..." dowodzą kunsztu scenarzysty (Mogens Rukov), łatwości w operowaniu językiem. Oczarowani i zasłuchani w głos narratora pozwalamy prowadzić się krętymi ścieżkami tej skomplikowanej opowieści.

Jeśli chodzi o grę aktorską, ciężko wskazać najlepszą kreację. Zarówno dwie kluczowe postacie, jak i osoby z ich otoczenia znakomicie poradziły sobie z powierzonym im zadaniem, czego najlepszym dowodem powinno być to, że widz przeżywa każdą emocję wraz z nimi, do końca, modląc się o jeszcze jedną szansę dla Alexa I Aimee.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (10 głosów).
monkam70
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)