Recenzja filmu Obcy: Przymierze (2017)
Ridley Scott

Pasażer na gapę

"Przymierze" – w równym stopniu nostalgiczna podróż, co część wieloletniego ekonomicznego planu – to dzieło będące owocem resentymentu reżysera, nieudana próba przepisania sagi językiem ...
Filmweb sp. z o.o.
Po dwóch dekadach hibernacji (chałturniczych występów w filmach z Predatorem nie liczę, nie sądźcie mnie) Obcy powraca na kinowy ekran. W filmie imponującym estetycznie i pękniętym fabularnie, który Ridley Scott kręci tak, jakby kino miało się skończyć w najbliższą środę. Czego tutaj nie ma! "Ozymandiasz" i Wagner,  opera i groteska, transhumanizm w wydaniu light i krwawa jatka w wersji hard. Zaś w środku całego zamieszania – monstrum, któremu reżyser przygląda się niczym beznamiętny laborant i które, w całej swojej pretensjonalności, czyni jądrem genezyjskiego mitu. 


Wszystkie te cuda wianki dzieją się na jednej z nieodkrytych planet tajemniczego układu w niezbadanej galaktyce, czyli miejscu, którego żaden szanujący się bohater horroru przegapić nie może. W następstwie katastrofy na pokładzie i za sprawą paru pochopnych decyzji trafia tam załoga statku kolonizacyjnego "Przymierze". Lecz świat, pomimo że zalesiony i poprzecinany wodospadami, do gościnnych raczej nie należy. To, co zaczyna się jak pionierska przygoda, szybko zamienia się w krwawe polowanie. Zwierzyną są homo sapiens, za psy gończe robią wyhodowane z ludzkiego mięsa istoty wszelkich kształtów i rozmiarów, a przy łańcuchu pokarmowym dłubią androidy – postaci tragicznie skonfliktowane, poszukujące odpowiedzi na pytania wagi najcięższej, a do tego znające karate i grające na flecie. Fabularny paradoks wydaje się oczywisty i ma związek z chronologią serii: prologiem do kameralnej opowieści o załogantach statku górniczego dziesiątkowanych przez kosmiczne monstrum okazuje się nadęta epopeja o sztafecie Bogów i ludzi. 

Scott nakręcił jednocześnie sequel "Prometeusza"  i prequel "Ósmego pasażera Nostromo", toteż całość chwieje się w rozkroku pomiędzy nowoprzygodową bajką doprawioną tezami Daenikena a alegorycznym horrorem w kostiumie sci-fi. Z pierwszego filmu reżyser bierze klucz estetyczny i fabularny – kontynuuje opowieść o stwórcach ludzkości, rozpływa się w retrofuturystycznej estetyce wszelkich barw i odcieni. Ze swojego flagowego dzieła – poza kilkoma "magdalenkami" w postaci rekwizytów oraz wypisami z partytury Jerry'ego Goldsmitha – pożycza Obcego, czyli, jak mawiał android z innych czasów, "organizm, którego strukturalna doskonałość równa jest jedynie wrogości". Lecz paradoksalnie, choć sam tchnął w kosmiczną bestię życie, nie do końca rozumie, w czym de facto tkwi jej "strukturalna doskonałość". 

Kolejni reżyserzy filmów o Obcym zmieniali nie tylko gatunek i nastrój serii – od gotyckiego horroru, przez kino akcji, po makabreskę. Pokazywali również, że sam potwór jest plastyczną masą, z którą można ulepić straszaka na każdą okoliczność. James Cameron odarł Obcego z metafory i pokazał nam zwierzę żyjące w mrówczym roju, skupione wokół królowej, funkcjonujące w hierarchicznej strukturze. David Fincher poszedł o krok dalej i dostrzegł w potworze apokaliptycznego Smoka, którego skleił z konwencją przypowieści oraz biblijną ikonografią. Nawet zakochany w grotesce Francuz Jean Pierre-Jeunet przefiltrował postać przez własną wrażliwość, zaś ksenomorfa uczynił eksponatem w kampowym muzeum obrzydliwości. Scott nie ma dobrego zdania o sequelach swojego filmu; uważa, że rozrzedziły oryginalny koncept; to zapewne jeden z powodów, dla których storpedował równoległy projekt Neilla Blomkampa. Miał do tego prawo, lecz to wcale nie tłumaczy, dlaczego nie buduje wokół swojego dziecka jakichś nowych, intrygujących kontekstów. Sprowadzając go do roli natrętnego owada, pokazując w pełnej krasie i zaprzęgając w służbę spektaklu komputerową animację o ograniczonym terminie przydatności, strzela do własnej bramki. 


Są momenty, w których intelektualna gorączka i jednoczesne niedowartościowanie tytułowej postaci działają na korzyść filmu. Jeśli nie domyśliliście się tego po "Prometeuszu", to wszelkie wątpliwości rozwieje "Przymierze": bawimy się może w tym samym świecie, ale nie w tym samym kinie. Doskonała, podwójna rola Michaela Fassbendera jest tego najbardziej jaskrawym przykładem. W poprzednim filmie android David oglądał "Lawrence'a z Arabii". Słynna scena z gaszeniem zapałki między palcami uświadomiła mu, że nie pozna nigdy ani bólu fizycznego, ani bólu poświęcenia. W "Przymierzu" obserwujemy jego pogoń za człowieczeństwem, które Scott utożsamia z boskim aktem kształtowania materii, tworzenia życia. Tematycznie więc bliżej filmowi do "Łowcy androidów" niż do pierwszego "Obcego". Ciekawy jest również romantyczny topos sztuki zakreślającej granice świadomości wzięty rodem z Goethego – to trochę historia o tym, że zaczytywanie się w Shelleyu i słuchanie Wagnera musi w końcu zryć czaszkę, nawet jeśli jest to czaszka z tworzywa sztucznego. 

Reszta jest milczeniem, czytaj: strzelaniem, bieganiem i podejmowaniem absurdalnych decyzji. Bohaterowie podążają wytartą ścieżką "nonszalancja – niepokój – zgon w męczarniach", zaś otaczający zduplikowanego Fassbendera aktorzy – może poza Billym Crudupem w roli dobrego chrześcijanina z ewidentnym kryzysem męskości – nie mają zbyt wiele roboty (chociaż Katherine Waterston wygląda nieźle z karabinem, fotogenicznie biega i przypomina młodą Sigourney Weaver, to raczej nie zasili scottowskiego korowodu twardych babek o pokomplikowanych życiorysach). Oczywiście, mrówcza robota scenografów nie poszła na marne, a operator Dariusz Wolski i montażysta Pietro Scalia stanęli na wysokości zadania. Bez względu na to, czy dantejskie sceny dzieją się w aseptycznych wnętrzach ambulatoriów, czy oświetlanej przez race wysokiej trawie, Scott pozostaje doskonałym stylistą, a kod wizualny jest dla niego narzędziem przede wszystkim narracyjnym. I podobnie jak "Prometeusz", jego film sprawdza się do pewnego stopnia jak mroczne kino przygodowe, w którym o drżenie serca przyprawiają nie tylko czające się tuż za rogiem potwory, ale też wyłaniające się z mroków nocy pomniki wymarłej cywilizacji. 


W idealnym świecie "Przymierze" oglądalibyśmy w próżni. Tyle że seria "Obcy" to festiwal autorskich odjazdów; cykl, w którym nawet słabsze filmy zyskiwały dzięki doborowemu towarzystwu oraz formalno-gatunkowej odrębności. "Przymierze" – w równym stopniu nostalgiczna podróż, co część wieloletniego ekonomicznego planu – to dzieło będące owocem resentymentu reżysera, nieudana próba przepisania sagi językiem popfilozofii, a jednocześnie utrzymania jej w gatunkowych ryzach. Zaś Obcy – szczerzący zęby i plujący kwasem marketingowy wabik – jest w tej podróży jedynie piątym kołem u wozu. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 55% uznało tę recenzję za pomocną (554 głosy).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie