Recenzja filmu American Beauty (1999)
Sam Mendes

Patrzmy bliżej

"American Beauty" było kinowym debiutem Sama Mendesa. Trzeba przyznać, że rzadko trafia się debiut, który zgarnia tyle niezaprzeczalnie zasłużonych nagród. Debiut wybitny, ważny i jakże trafnie ...
Filmweb sp. z o.o.
"American Beauty" było kinowym debiutem Sama Mendesa. Trzeba przyznać, że rzadko trafia się debiut, który zgarnia tyle niezaprzeczalnie zasłużonych nagród. Debiut wybitny, ważny i jakże trafnie oceniający społeczeństwo XXI wieku.

Reżyser pokazuje prawdziwy american dream bez upiększeń. Dream, który podstępnie niszczy człowieka i jego relacje z innymi ludźmi. Na pierwszym planie mamy Lestera (niezapomniany Spacey). Jest on przeciętnym Amerykaninem, przedstawicielem klasy średniej. Ma dobry samochód, niezłą pracę, piękny dom, żonę i córkę. Teoretycznie ma wszystko. Z czasem jednak wszystko przestaje go cieszyć, a żona, obsesyjna pracoholiczka wraz z neurotyczną córka mają go za nieudacznika. W końcu Lester postanawia zmienić swoje nudne życie. Wtedy na horyzoncie pojawia się urodziwa koleżanka córki - Angela, która wszystko zmieni.

"American Beauty" to nie film o amerykańskim społeczeństwie, to film o nas wszystkich. O tym, jak bezwzględny pościg za sukcesem i dostatkiem w końcu odbiera nam radość życia. Życia, które powoli ograniczamy do kolejnej skórzanej sofy w salonie i mercedesa w garażu. Jaki jest więc sens egzystencji? Gdzie go szukać, jeśli wszystko wokół wydaje się nudne i bezwartościowe? Dlaczego w dzisiejszym świecie nie możemy być sobą i tak jak bohaterowie filmu z czasem stajemy się niewolnikami pozorów.

Film Mendesa stawia ważne pytania, ale nie jest przy tym nachalnie moralizatorski. To zasługa słusznie nagrodzonego Oscarem scenariusza Alana Balla. Stworzył on historię zwyczajną, ale nie - banalną. Czasami zabawną, czasami refleksyjną. Trochę ironiczną, ale bywającą też bezwzględną wobec widza. Całą opowieść można porównać do róży, która nota bene "gra" w filmie znaczącą rolę. Bywa delikatna i piękna jak płatek, ale również nieznośnie kuje swoimi kolcami. Historia Lestera dotyka bowiem i rzeczy pięknych, takich jak miłość, ale i tych nieprzyjemnych, wytykających m.in. naszą obłudę.

Znakomity scenariusz został wybitnie opowiedziany przez Mendesa. Reżyser gra z odbiorcą, od czasu do czasu usypia jego czujność, wprowadzając senny nastrój amerykańskiego przedmieścia; gdy widz myśli, że już nic się nie wydarzy, wtedy dzieje się najwięcej. Brytyjski reżyser stopniuje bowiem napięcie z iście hitchcockowską precyzją, najlepsze zostawiając na koniec. Koniec, który mimo wszystko daje nadzieję. Może warto jednak ściągnąć z twarzy maskę i żyć bez niej? Może Gombrowicz nie miał racji, mówiąc, że od "gęby" nie ma ucieczki?

Cała historia byłaby jednak tylko kolejnym amerykańskim dramatem obyczajowym, gdyby nie aktorzy, którzy pod wodzą debiutującego Mendesa, osiągnęli poziom mistrzowski. Z ról zwykłych obywateli zrobili niezapomniane, wybitne kreacje. Nieoceniony jest tu przede wszystkim Kevin Spacey. Jest Lesterem duszą i ciałem. Znakomicie ukazuje przemianę bohatera z pantoflarza w nonszalanckiego drania. Marcin Świetlicki poproszony o komentarz, odpowiedziałby zapewne, że Burnham po przemianie znakomicie "brejka wszystkie rule".

Godną partnerką dla Spaceya jest Annette Bening. Jako terroryzująca rodzinę, agresywna bizneswoman wypada rewelacyjnie. Mimo że postać Carolyn Burnham jest teoretycznie postacią negatywną, w interpretacji Benning nietrudno obdarzyć ją sympatią. W zasadzie to bardziej niż Lester zasługuje na współczucie. Jemu przynajmniej udaje się wywalczyć wolność, Carolyn cierpi nadal w klatce swojego wyobrażenia o idealnym życiu.

Również drugi plan jest rewelacyjnie obsadzony. Szczególnie widoczna jest Thora Birch w roli neurotycznej, zakompleksionej córki Lestera. Nie mniejsze wrażenie robią również Mena Suvari jako uwodzicielska Angela oraz Wes Bentley grający introwertycznego Ricky'ego.

Wszystkie elementy filmu, począwszy od niezapomnianej muzyki, przez świetne zdjęcia, aż po wyborne aktorstwo znakomicie ze sobą współgrają. Tworzą to niesamowite, budzące refleksję widowisko, gdzie śmiech miesza się ze smutkiem, a piękno ma postać plastikowej reklamówki wirującej na wietrze.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 89% uznało tę recenzję za pomocną (162 głosy).
Tarantinka19
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (13)

zobacz wszystkie
o