Pies-zombi według Burtona

"Frankenweenie" to trwający zaledwie 27 minut amerykański film z 1984 roku, na który dziś pewnie nikt nie zwróciłby uwagi, gdyby nie osoba reżysera. Wytwórnia Disneya uznała, że - mimo wszystko - obraz ten nie powinien być przeznaczony dla najmłodszej widowni, i nie zdecydowała się na dystrybucję tego filmu. Od zapomnienia uratowały go dopiero późniejsze sukcesy reżysera i jednego ze scenarzystów - a był nim sam Tim Burton.

"Frankenweenie" to historia dziesięcioletniego chłopca, którego ukochany piesek Sparky ginie pod kołami samochodu. Victor Frankenstein - tak się nazywa dzieciak - jest obdarzony sporą wyobraźnią. Przekonuje o tym już pierwsza scena filmu, gdy przebrał swojego czworonoga za dinozaura i nakręcił domową kamerą swoją wersję "Zaginionego świata". A wyobraźnia chłopca odegra kluczową rolę dla dalszego rozwoju akcji. Nieświadomie zainspirowany przez nauczyciela fizyki, decyduje się wykopać z ziemi Sparky'ego i ożywić go?

Nie jest to arcydzieło trzeba sobie szczerze powiedzieć - bardziej reżyserka wprawka, swoista wariacja na temat powieści Mary Shelley. Mamy tu solidne aktorstwo oraz potwierdzenie - na przykładzie Barreta Olivera (gra Victora) - że Amerykanie potrafią znakomicie prowadzić dziecięcych aktorów. Mimo że film ma niespełna półgodziny scenariusz, jest zrealizowany według starannego wzorca, mamy wyraźną ekspozycję, konfrontację i zakończenie. Każda scena popycha fabułę do przodu, nie ma dłużyzn - może brzmi to dziwnie, ale nawet krótkometrażówka może mieć przydługie i nużące widza momenty.

Już tutaj dają o sobie znać nieposkromiona wyobraźnia Burtona. Warto zwrócić uwagę na głównego bohatera - w pewnym sensie pogrążonego we własnym świecie, coś na wzór "Vincenta" z animacji z 1982 roku. A pies-zombi zdaje się nie mieć prawa egzystencji w "normalnym" świecie. Outsiderzy, marzyciele, żyjący na granicy realności - to często bohaterowie filmów Burtona. Wiele pomysłów, scen z "Frankenweenie" można bez trudu odnaleźć w późniejszych dziełach Tima Burtona - w "Edwardzie Nożycorękim", "Jeźdźcu bez głowy" czy "Gnijącej pannie młodej", a pewnie uważniejsi znawcy twórczości czarodzieja z Burbank dorzucą kolejne tytuły i kolejne odniesienia.

Czy więc jest to tylko film dla miłośników twórczości Burtona? Nie powiedziałbym. Na tym przykładzie widać, jak rodzi się reżyserski talent. Cztery lata po "Frankenweenie" powstaje przecież znakomity "Sok z żuka". Ta ewolucja powinna zainteresować przyszłych adeptów reżyserskiego fachu.

W oderwaniu od osoby reżysera Burtona otrzymujemy wprawdzie schematyczną, lecz zarazem ujmującą historyjkę o przyjaźni chłopca i jego psa. "Lassie" to może nie jest, ale obejrzeć nie zaszkodzi.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 98% uznało tę recenzję za pomocną (40 głosów).
wuj_Jozef
ocenia ten film na:
7/10 dobry

komentarze

pozostało 255 znaków